Wszystkich wrażliwych z góry przepraszam za ten wulgarny tytuł, ale w tym momencie nie znajduje lepszego określenia, jakim mogłabym obdarzyć bieganie, czyli sport, który uprawiam od jakiegoś czasu. Bieganie to dziwka. To zdrajczyni, która nikogo nie słucha, która chodzi swoimi ścieżkami, każdemu (a przynajmniej mi!) pluje w twarz. To wredna małpa, która najpierw rozkochuje Cię w sobie, a potem bez słowa zostawia, gdzieś daleko w tyle. Ty toniesz we łzach, ale nic nie jesteś w stanie zrobić. Wracasz do tej starej szmaty jak szczerbaty do gryzienia sucharów, chociaż minęło już 15 lat odkąd nie ma zębów. Bo bieganie kochasz. Kochasz bezwarunkowo.

Oczywiście piję do swojego ostatniego startu w Biegnij Warszawo. Dlaczego akurat do tego biegu? Wierzcie lub nie, ale w zeszłym roku, właśnie Biegnij Warszawo był moim pierwszym, oficjalnym zorganizowanym, biegiem ulicznym! Wielkie oczekiwania i wielkie emocje. Masa błędów, o których nawet napisałam post na swoim drugim blogu. Udział w tamtym biegu, w zeszłym roku, to była dla mnie wielka niewiadoma. Kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Wiedziałam za to, że będę się ścigać. Z tłumem innych biegaczy, ale przede wszystkim sama ze sobą. Bardzo długo przygotowywałam się do tego biegu. Chodziłam na siłownie, nie odpuszczałam treningów biegowych, trzymałam dietę. Robiłam wszystko, żeby wypaść jak najlepiej. W końcu przyszedł TEN dzień i… wszystko co mogło pójść nie tak, poszło nie tak. Było tragicznie, chociaż walczyłam do końca. Na metę wbiegłam z czasem 57:03 (wg Endo). Czy byłam rozczarowana? Nie, raczej szczęśliwa, że nie padłam nigdzie po drodze 😄 A jak było w tym roku? Uzbrojona o doświadczenia z roku poprzedniego, znając trasę, byłam przygotowana. I co? Spocona jak świnia minęłam metę z czasem 57:13!!!

Bieganie, Ty stara wstrętna raszplo! Chcesz mi powiedzieć, że przez ten cały rok nie zrobiłam żadnego postępu? Chcesz mi powiedzieć, że po roku czasu zaczynam od początku???

Bieganie jest niewdzięcznym sportem. Możesz trenować cały czas, a niech Cię złapie kontuzja i odpuścisz sobie jakiś tydzień lub dwa – wracasz do treningu i o – niespodzianka! Nagle się okazuje, że dyszkę, którą trzaskałeś w 55 minut, przebiegasz w minut 60! A teraz sobie wyobraź, że wypadasz z gry na kilka miesięcy. I po tym czasie przebiegnięcie dychy to dla Ciebie pieśń przyszłości. Ba – Ty marzysz o przebiegnięciu 3 kilometrów bez zatrzymywania się i bez zadyszki! Śmiem twierdzić, że właśnie w takich sytuacjach wychodzi nasza miłość do tego sportu. Nasza miłość i przywiązanie. Bo albo pokonasz swoją początkową niemoc i przezwyciężasz ten pierwszy miesiąc truchtania i krótkich dystansów, albo po prostu się poddasz, żyjąc wspomnieniami świetnych wyników z poprzednich sezonów.

Ja się nie poddałam. I owszem – po tych kilku miesiącach przerwy było mi ciężko. Wkurzałam się na siebie samą, byłam zła, bo nie mogłam biec tak jakbym chciała. Jednak wiedziałam, że taki stan minie – już raz tam przecież byłam. Już raz, po drugiej ciąży, zaczynałam od zera.

Teraz, po niedzielnym starcie w Biegnij Warszawo, znowu jestem mądrzejsza. I nie chodzi mi tu tylko o strój (w zeszłym roku w upale biegłam w długich leginsach!) czy poziom nawodnienia (a w dodatku nic nie piłam), ale o biegową dorosłość, albo inaczej – biegową świadomość. Rok później znowu wbiegam na metę z czasem 57 minut. Mogę się wkurzać, mogę się obrażać, ale nie zmienię swojej miłości do tego sportu. Swój wynik przyjmuję z pokorą. Szanuję go. To będzie mój punkt wyjścia, punkt odniesienia. Za moment znów założę sportowe buty i wyjdę na trening. Bo wierzę, że tylko swoją ciężką pracą jestem i będę w stanie coś zmienić.

Bieganie jest dziwką, ale wiem, jak ją sprowadzić na prostą 😊

FullSizeRender_1

Spocona jak świnia, z Przemkiem 😊

 

Shares