Category

Z Rodziną

Category

Czasami nie cierpię nas – rodziców!

Czasami nie cierpię nas – rodziców! Dobra, może z tym cierpieniem to trochę przesadziłam, bo w sumie nie wtrącam się w to, jak inni rodzice wychowują swoje dzieci, ALE.. jeśli jestem świadkiem jakiejś sytuacji, w której rodzic – delikatnie rzecz ujmując – zachowuje się niefajnie, zaczynam się zastanawiać. Tak, zdarza mi się, nie powiem. I właśnie ostatnio, niestety, miałam styczność z pewnym zdarzeniem, które wywołało u mnie falę emocji. A że tego samego dnia wypadła moja kolej na zmywanie naczyń po kolacji, miałam mnóstwo czasu, aby wszystko dokładnie przemyśleć. 

Był sobotni ranek. Kilka dni wcześniej otrzymałam maila od zaprzyjaźnionej aktorskiej agencji, że w najbliższy weekend odbędzie się casting dla dzieci w wieku m.in. od 3 do 4 lat. Coś dla Teo, pomyślałam. W piątek wieczorem przycięłam mu nawet delikatnie włosy, a w końcówki wtarłam specjalny olejek. Wszystko po to, aby Teo w sobotni poranek był jeszcze bardziej nieziemski (boshe, co za głupota, ale czujecie, że to ironia?). Około 10 przyjechaliśmy na miejsce. Masakra. Tłumy dzieci w różnym wieku, przed nami jakieś 20 osób, średnio jedno dziecko nagrywane przez 3 minuty, więc godzinę mamy wyjętą jak nic. Teo był w miarę spokojny, chociaż podekscytowany. Wiedział, że idzie na kaszting i że będzie trochę zabawek. Zaczęło się pełna napięcia, cierpliwości i nudy oczekiwanie. A w między czasie się, obok nas, rozpętało się małe piekiełko. Ktoś komuś wyrwał zabawkę, ktoś kogoś oblał, ktoś nie zdążył siku. Dzieci było wszędzie pełno, tych w miarę spokojnych jak na lekarstwo. Tylko, że chwila – jesteśmy w jakimś durnym korytarzu, który ma w sumie może z 15 metrów. Nie można wymagać niewiadomo czego od tych maluchów. Wymagać wiadomo czego należało natomiast od rodziców. I tu ogromna niespodzianka i szok i niedowierzenie i wszystko razem.

Koło mnie stała babeczka, na oko 40 – letnia. Z chłopcem, na oko 2,5 roku. Całkiem kumaty, chociaż z pampkiem i butlą ze smokiem. To nie było spokojne dziecko. Wyrywało zabawki, chciało wchodzić na schody, siadać gdzie się nie da. Czujecie klimat? Co robi matka? Najpierw nie reaguje, potem… zaczyna go trzaskać. Chce wyrwać zabawkę – trach po rączkach, chce wyjąć kubek z baniaka z wodą – hyc za ucho. OMFG – serio?

– widziała pani to straszne, niegrzeczne dziecko? – zagadała mnie laska siedząca obok

– widziałam tylko matkę, której ewidentnie coś się pomyliło – odpowiedziałam i dodałam – nie ma niegrzecznych dzieci, proszę pani – są tylko źli rodzice

– no tak, ale to dziecko ewidentnie źle się zachowywało. Wyrwało mojej Ali zabawkę, a matka nawet nie zwróciła na to uwagi. Dopiero potem, jak było już bardzo nieznośne, dała mu po łapach.  I dziecko się uspokoiło. Wie, że z matką nie ma żartów. W sumie to go przecież za bardzo nie bolało, a szacunek jest. Ja też od czasu do czasu daję klapsy mojej Ali. Tak bardzo się czasami nie słucha. Pani nie daje małych klapsików swojemu dziecku?

– jedynym odbiorcą moich klapsików jest mój mąż – odpowiedziałam – A gdybym miała uderzyć dziecko? Jakim musiałabym być słabym rodzicem…

Mina laski – bezcenna. Nic już nie dodała, zatkało ją. A ja wstałam i poszłam w drugi kąt.

Po godzinie wyszliśmy z kasztingu. Teo ze zmieszaną miną, ponieważ jakiś gbur kazał mu machać do siebie ręką w świetle reflektorów. Teo nie załapał, chciał się bawić traktorem, nie do końca zdawał sobie sprawę z tego gdzie jest i w jakim celu. Gdy opuszczaliśmy kaszting w pierwszej chwili miałam ochotę powiedzieć synkowi, że przecież nie było tak źle. W porę się jednak opanowałam. Nie. Było źle. Nie chcemy już więcej takich przygód.

I potem naszły mnie właśnie te refleksje. Że na nas – rodzicach – ciąży ogromna odpowiedzialność. To, w jaki sposób zinterpretujemy otaczający nas świat i przedstawimy go dziecku, będzie rzutowało na całe jego życie. Jeśli powiem dziecki, że coś lub gdzieś było super, podczas gdy obydwoje wiemy, że było złe, to dziecko będzie się czuło skołowane. Może wręcz zatracić umiejętność prawidłowej oceny swoich uczuć.

Jeśli więc coś było złe, nazywajmy rzeczy po imieniu. Bądźmy w tym odważni. Jeśli coś nie do końca poszło tak jakbyśmy chcieli i wyszła kupa – wytłumaczmy to dziecku, zamiast koloryzować i odwracać kota ogonem. Ja też często mam pokusę, aby bagatelizować… i tego u siebie nie cierpię. U innych rodziców zresztą także. Dziecko wystraszyło się psa? Oj tam, nic się nie stało. Dziecko spadło z huśtawki? Nogi i ręce całe, więc luz. Nie, nie tędy droga. Nie ten kierunek.

– patrz Jasiu jak Marcinek ładnie siedzi na krzesełku! – usłyszałam jeszcze na tym nieszczęsnym kasztingu

Na miejscu Jasia w dupie miałabym Marcinka i jego krzesełko. Tylko, że Jasiu był w podobnym wieku co mój Teo i jedyne, co przyszło mu do głowy w tamtym momencie, to być jeszcze bardziej niegrzecznym i jeszcze bardziej rozrabiać.

Mam gdzieś czy Szymonek zjadł obiadek, Zosia ładnie myje ząbki, a Ula cudownie bawi się w piaskownicy. I moje dzieci też. Nie zamierzam uczyć Teo i Miko, że ich stan emocjonalny zależy od opinii innych osób. Jeśli będą mieli ochotę założyć jednego buta czerwonego, a jednego niebieskiego – to będzie ich sprawa, a jeśli ktoś będzie się z tego śmiał, to nie będzie ich problem.

Nie wiem czemu rodzice robią to swoim dzieciom. Porównują je na okrągło, ucząc zależności od humorów innych osób. Od innych gustów, idei, opinii. A przecież każdy powinien decydować sam co jest ważne dla niego w JEGO życiu. Dlatego ja cholernie o to dbam. U mnie każde dziecko jest indywidualistą i od małego zna swoją wartość.

O klapsach, czy klapsikach ciężko mi pisać. Nie, klapsy nie są w porządku. Nie ma dla nich usprawiedliwienia. Nie pomagają w wychowaniu. Są oznaką naszej słabości, głupoty, nadużycia władzy, niedojrzałości, braku wyobraźni. Masz ochotę użyć fizycznej siły wobec swojego dziecka? Porozmawiaj z kimś o swoim zachowaniu, szukaj pomocy u specjalistów. Da się dziecko wychowywać bez tego. I nie, nie chodzi mi o bezstresowe wychowanie, gdzie maluch wchodzi Ci na głowę. Chodzi mi o poszanowanie wartości, praw, uczuć drugiego, nieco mniejszego człowieka.

Wracając do mojego kasztingu (celowo nie piszę casting, ponieważ Teo wymawiał to właśnie „kaszting” co wydawało mi się dość zabawne). Wygląda na to, że to była niezła lekcja życia, której bohaterami byli rodzice, tak różni i tak zarazem do siebie podobni. Smutne to wszystko.

A tymczasem, w naszym domu pojawiła się…. kotka!

Zawsze chciałam mieć córeczkę. I kiedy okazało się, że drugim dzieckiem też będzie syn – zmarkotniałam. Znowu siusiak! Znowu w mniejszości! Oszaleć można! No nic, skoro nie mogłam oszukać matki natury, musiałam podjąć się innych sposobów, aby chociaż zbliżyć się do wyrównania poziomu kobiecych pierwiastków w naszym wypełnionym mężczyznami domu. W końcu miałam też motywację do wzięcia spraw w swoje ręce 😉 I tak, 3 lata później pojawiła się u nas… kotka 🙂

Nastawiałam się bardziej na kota, niż na psa (a właściwie suczkę), ponieważ na co dzień oboje z Andrzejem mamy dość sporo obowiązków i w tej chwili nie znaleźlibyśmy na psa czasu. Poza tym mieszkamy w bloku, więc.. myślę, że psy po prostu lepiej jest mieć, jak się mieszka w domu. Koty są, jakby to powiedzieć, mniej wymagające. Nie trzeba wyprowadzać ich 3 razy dziennie na dwór, no i jakby nie było – aż tak dużo nie jedzą 😉 Nie ślinią się, nie pachnie im brzydko z pyszczka. Nie wąchają kup innych kotów. No prawie same plusy! Z minusów – sporo osób ma alergię na kocią ślinę. No i koty drapią różne przedmioty, na co nie ma się tak do końca wpływu. Nie mniej – 3 lata zajęło mi przekonanie Andrzeja, że kot w naszym życiu nie wywoła niewiadomojakiejrewolucji oraz, że będę się nim zajmować. Tzn. że po mojej stronie będzie weterynarz i czyszczenie kuwety. Udało się. Jak to mówią najstarsi górale – kropla drąży skałę. Tak też było i w naszym przypadku.

Od razu uprzedzam – to nie jest wpis o tym, jak przez 3 lata wiercić mężowi dziurę w brzuchu. Po prostu temat kota raz po raz u nas wracał. Ja nie cisnęłam, a Andrzej miał swój czas na oswojenie się z myślą, że być może w naszym domu pojawi się futrzak. W końcu decyzja jako taka zapadła, a ja powoli zaczęłam organizować kocią wyprawkę. Tu koleżanka miała do sprzedania drapak – bach, odkupiłam. Dostałam zniżkę na zmówienie kociego jedzenia w sklepie internetowych – bach, wykorzystałam. W Lidlu rzucili kuwetkę i transportem, bach podjechałam, nabyłam. Wszystko co dało się kupić było w miarę do ogarnięcia. Ostatnim i zarazem najtrudniejszym wyzwaniem okazała się siatka zabezpieczająca taras. Tutaj było mega dużo zamieszania, bo taras nietypowy, więc drogi. Okna nietypowe, więc drogie. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na założenie siatek na same drzwi tarasowe i duże okno w kuchni, które były dla nas zrobione na wymiar. Od razu dodam – nie są to tanie rzeczy. Za całość metodą bezinwazyjną, czyli bez wiercenia w ramie okna, zapłaciliśmy 650 złotych.

Zmierzając do meritum 🙂 Z chwilą, w której pomyślałam o kocie, wiedziałam, że będzie to kot ze schroniska, bądź z fundacji. Absolutnie nie neguję kupowania kotów z hodowli. Po prostu mi zależało na tym, aby pomóc, zaadoptować kota, któremu będziemy mogli dać dom i szansę na życie z fajną rodzinką. Wiedziałam też, że to nie może być mały kotek – zależało mi na tym, aby kot był oswojony, ale i łagodny, nadający się do domu z dziećmi. Po różnych przygodach związanych z adopcją, w końcu się udało. I tak w naszym domu pojawiła się kotka z przeszłością, którą w domu tymczasowym ówcześni opiekunowie (fantastyczni Magda & Piotr Motrenko z bloga Wnętrza Zewnętrza, którzy przygarnęli całą kocią rodzinkę!) nazywali Mamą Kot, a u nas została Figą. Piszę „kotka z przeszłością”, ponieważ kotka, w chwili znalezienia, była już mamą z piątką kociąt, a cały komplet prawdopodobnie ktoś wyrzucił. Szkoda gadać. I o ile małe kotki szybko znalazły nowych opiekunów, tak dorosłą Mamą Kot vel. Figą nikt się nie interesował. Do czasu 🙂

Oszczędzę Wam tych wszystkich szczegółów, jak to było jak zobaczyłam Figę po raz pierwszy. Powiem tak – nie do końca lubię koty o czarnym umaszczeniu. Ale ostatecznie – jakie to ma znaczenie! Przecież liczy się to, żeby kot miał odpowiedni charakter, który będzie pasował do rodziny, do której trafi. No nie wyobrażam sobie adoptować pięknego kota, który będzie furczeć na moje dzieci 😉 Figa to był strzał w dziesiątkę. Spokojna, łagodna kotka, która bardzo dobrze znosi piski Teo ;), uwielbia jak chłopcy ją głaszczą i coraz częściej tych głasków oczekuje 🙂 Chociaż początki nie były łatwe. Kotka, w nowym otoczeniu i z nowymi ludźmi potrzebowała czasu, aby się z nami oswoić i chyba też nam zaufać. Nikt na nią nie naciskał. Chłopcy cierpliwie czekali, aż nowa lokatorka nabierze do nich zaufania i będzie chętna na wspólne zabawy. I ten dzień w końcu przyszedł. Figa po prostu usiadła koło nas na kanapie, co nigdy wcześniej się jej nie zdarzało. Przyszła do nas sama, a my wiedzieliśmy – bariera została przełamana 🙂 Lody – skruszone! 🙂

Chłopcy kotkę wprost uwielbiają. Chętnie się z nią bawią, przekupują przysmaczkami. Prześcigają się w tym, kto jej poda jedzenie. Miko nawet ją wyczesuje (oczywiście pod moim czujnym okiem). Kuwetka oczywiście jest nadal tylko moim obowiązkiem 🙂 Figę lubi też Andrzej, który pracując z domu, spędza z nią najwięcej czasu. Widać, że świetnie się dogadują 😀 W końcu w naszej rodzinie pojawiła się upragniona córeczka 😀 😉

Czy żałuję swojej decyzji o adopcji kota? Oczywiście, że nie! Szkoda, że tak długo z tym wszystkim zwlekałam, chociaż teraz nie byłoby u nas Figi. Czy to nasz ostatni kot? Pewnie nie. Póki co najważniejsze jest dla nas to, aby Figa w 100% się z nami oswoiła. Jeśli wszystko będzie ok, pomyślimy o towarzystwie dla naszej kociej mamy. Czy polecam adopcje z fundacji? Jak najbardziej! Decydując się na kota z fundacji pomagamy! Dajemy kotom szansę na nowy, lepszy dom. Odciążamy fundacje, w których kotów jest zatrzęsienie. Mamy też kota zaszczepionego, odrobaczonego i najczęściej wykastrowanego. My naszą Figę zaadoptowaliśmy z fundacji JOKOT. Jeśli szukacie kota dla siebie – kliknijcie. Jest tam cała masa fantastycznych zwierząt, które czekają na swoich nowych, kochających opiekunów.

To póki co na tyle. W planach mam jeszcze wpis o kociej wyprawce – co mamy my, co się u nas sprawdziło, a co było kompletną porażką oraz taki konkretny wpis o tym, na co zwracać uwagę zapraszając kota do życia w domu z dziećmi. A tymczasem zapraszam Was na Instagram, gdzie znajdziecie aktualne zdjęcia naszej 5 – osobowej rodzinki <3

Nasza miłość do sportu

Nie wiem, czy mogę powiedzieć o nas, że jesteśmy sportową rodziną. Nikt z nas nigdy nie trenował nic profesjonalnie. Nie mamy na koncie żadnych złotych medali ani udziału w mistrzostwach. Jednak praktycznie codziennie aktywnie spędzamy czas. Czasami wszyscy razem, czasami każdy z nas osobno. Jeździmy na rowerze, jeździmy na rolkach, gramy w piłkę i biegamy (wiadomo, że ja najwięcej). Razem z Andrzejem (małż) chcemy pokazać dzieciom alternatywę, chcemy od najmłodszych lat zaszczepić w nich miłość do sportu. I póki co, chyba nam się udaje.

Kiedy dowiedziałam się, że trasa 38. PZU Maratonu Warszawskiego biegnie w zasadzie 150 metrów od naszego domu, wiedziałam, że to świetna okazja pokazać chłopcom biegaczy, dać posmakować kibicowania ale także wytłumaczyć na czym polega Maraton. Nie spodziewałam się, że na Wilanowie, w tym miejscu, będzie wielu kibiców, a wiadomo – taki doping na trasie potrafi dać mega kopa. Sama, gdy biegłam w ostatnim półmaratonie św. Mikołajów w Toruniu, byłam bardzo wdzięczna za okrzyki kibiców, które zagrzewały do dalszej walki i pokonywania kolejnych kilometrów. Zatem gdy tylko rano wstaliśmy, szybko zjedliśmy śniadanie, a zaraz po nim zaczęliśmy przygotowywać kartony z motywującymi i dawającymi otuchy napisami. Chłopcy jeszcze nie do końca wiedzieli co się dzieje, szczególnie Teoś (który sam pieczołowicie pracował nad swoim kartonikiem – zgadnijcie którym😉). Mikołaj chciał napisać coś w stylu „przybij piątkę“ ale ostatecznie skończyło się na „pięć rąk“, tak dla odmiany 😂 😂 😂 . Uzbrojeni w narzędzia do kibicowania ruszyliśmy na trasę maratonu.

Widząc te wszystkie przebiegające osoby na maksa się wzruszyłam. Pierwsze okrzyki „przybij piątkę mocy“ wydawałam z siebie ze ściśniętym gardłem, walczyłam ze łzami w oczach. Może się Wam to wydać dziwne, ale będę to powtarzała do znudzenia – nikt tak nie zrozumie biegacza jak drugi biegacz. To było po prostu niesamowite! Ile konsekwencji, wytrwałości, treningowej historii stało za tymi ludźmi, ile bólu, ile przebiegniętych kilometrów. To, jak wielkim wysiłkiem fizycznym jest przebiegnięcie maratonu, może zrozumieć osoba, która sama biega. Jeśli sam nie poczujesz tego zmęczenia, tej euforii, ciężko będzie ci sobie wyobrazić jak to jest, tak myślę. Maraton to jest zwieńczenie tego ciężkiego okresu przygotowań. To jest ekscytujący i wzruszający zarazem finał!

I właśnie to chciałam dzisiaj pokazać chłopcom. Co prawda ciężko było wytłumaczyć co się dzieje dwulatkowi, ale Mikołaj – starszy, pięcioletni syn, wszystko zrozumiał. „Mamo! I oni tak biegną aż 45 kilometrów???“, „Nie Mikołajku, 42,195 m“. „Woow! To bardzo, bardzo dużo. Daj mi mój kartonik, będę go trzymał, ale Ty krzycz, jak będę tylko dawał te „piątki mocy“. I tak to się właśnie odbywało. Przez większą część czasu staliśmy, krzyczeliśmy, zagrzewaliśmy do walki o kolejne kilometry. A Miko zbierał piątki. W pewnej chwili nawet Teoś wystawił rączkę i przybił kilka „super piątek”. To było naprawdę fantastyczne!

Tak, chcemy od małego naszym dzieciom zaszczepić miłość do sportu. W każdym jego wydaniu. Chcemy, żeby czerpali radość nie tylko z aktywności fizycznej, ale także z kibicowania. Dajemy im różne opcje do wyboru, pokazujemy, jak wiele mogą zrobić – nie tylko dla siebie ale i dla innych. Od małego przedstawiamy świat ze sportowego punktu widzenia. I chyba póki co całkiem nieźle nam to wychodzi! Mikołaj, od 2 roku życia jeździł na biegówce, a chwilę po swoich 3 urodzinach, na których otrzymał od całej rodziny rower, śmigał na nim jak stary wyczynowiec. Teraz, bez roweru, byłoby mu chyba ciężko. Od 3 roku życia uczy się też grać w piłkę. Do tego wszystkiego uwielbia biegać i jeśli go zapytać kim chce zostać w przyszłości to nie powie Wam, że strażakiem albo policjantem, a… piłkarzem albo biegaczem 😀 Teoś jest jeszcze za mały na aktywności sportowe, więc póki co siedzi w swoim rowerowym foteliku, ale jestem przekonana, że już niebawem dołączy do brata 😊

Nie mamy medali, nie jesteśmy profesjonalistami. Ale kochamy to co robimy. Kochamy sport w naszym rodzinnym wydaniu.

IMG_0563IMG_0897

IMG_0393

IMG_0901IMG_0721

IMG_0714 IMG_0287 IMG_0034 IMG_1038 IMG_1169 IMG_1152 IMG_1148

3 zdrowe koktajle, które uwielbiają moje dzieci

Zanim zaszłam w ciążę i urodziłam swojego starszego synka – Mikołaja, nie raz słyszałam od swoich dzieciatych już koleżanek opowieści, jak to dziecko je tylko bułkę, naleśniki i makaron. Nie powiem, że od razu postanowiłam, że moje dziecko będzie inne, i będzie jadło wszystko (tak jak w ogóle można by było to postanowić), ale obiecałam sobie, że zawczasu przeanalizuję temat odżywiania u dzieci. Czyli postaram się zrobić wszystko, aby moje dzieci zdrowo się odżywiały. I to mi się udało. Poznajcie przepisy na 3 zdrowe koktajle, które uwielbiają moi chłopcy.

W tym całym swoim żywieniowo – dziecięcym researchu natrafiłam na… BLW. Czyli baby led winning. To metoda żywienia, która polega (ogólnie rzecz ujmując) na tym, że dziecko nie je papek, tylko otrzymuje normalne produkty, ugotowane np. na parze, takie jak brokuł, czy kalafior, w całości. Nie rozdrabniamy a dajemy do rączki. Nie powiem, nie było łatwo. Musiałam przezwyciężyć swój lęk przed zakrztuszeniem dziecka (lęk irracjonalny, ale jednak) oraz obawy, czy aby na pewno moje dziecko dostaje wszystkie składniki odżywcze. Postanowiłam jednak zaufać sobie.. i autorce książki. Na bieżąco też uczestniczyła w forum dla rodziców, gdzie inne mamy tak karmiły swoje dzieci. Nie wiem czy dzięki BLW, ale obecnie mam dwójkę chłopców, którzy chętnie próbują nowych smaków i nie mają problemów z jedzeniem. A wręcz przeciwnie! (Teośkowi muszę czasami ograniczać 😉 ).

Co więcej – moje dzieciaki piją zdrowe koktajle. Tak! I to nie jakieś słodkie papki z toną cukru, a normalne, zdrowe shake’i np. ze szpinaku, które bardzo często robimy w domu. Mamy swoje ulubione nazwy i smaki: zielony, czekoladowy i arbuzowy. Polecam Wam spróbować tych trzech przepisów. Oczywiście, zdrowe koktajle mogą pić także dorośli. Smacznego 😊

Zdrowy koktajl nr 1 – Zielony koktajl ze szpinaku – klasyk! 

Składniki:

  • garść szpinaku
  • 1 cała pomarańcza bez skórki
  • 2 plastry ananasa
  • banan
  • 200 ml soku jabłkowego, świeżo tłoczonego

Wszystko zmiksować i wypić od razu. Dodatek ananasa sprawia, że koktajl może szczypać delikatnie w język. Jeśli jest to dla Was too much, po prostu go pomińcie. Tak samo, jeśli chcecie, żeby koktajl był mniej słodki, zamiast soku jabłkowego dodajcie wody, albo wlejcie pół na pół.

Szpinakowy koktajl #omnomnomnom

A post shared by Katarzyna Dworzyńska (@kates_green_story) on

Zdrowy koktajl nr 2 – Czekoladowy koktajl z botwiny (bez czekolady, ale Miko myśli, że tam jest czeko, ze względu na kolor 😂 😂 😂)

Składniki:

  • 10 liści buraka (około, ale z łodygami)
  • pół cytryny
  • banan (im dojrzalszy tym lepiej)
  • łyżka miodu
  • 1 cm imbiru
  • 200 ml wody

Wszystko zmiksować i wypić od razu. Uwaga, tutaj przydaje się mocny blender, który dobrze rozdrobni łodygi botwiny.

Zdrowy koktajl nr 3 – Arbuzowa pychotka

Składniki:

  • duży plaster arbuza
  • kilka listków mięty
  • sok z połowy limonki
  • szczypta różowej soli himalajskiej
  • można dodać kilka truskawek
  • 200 ml wody

W tej wersji to świetny izotnik, piłam go non stop latem! Ale gdy dodamy banana i zrezygnujemy z soli, to także pyszny koktajl, i dla dzieci i dla dorosłych.

Smacznego!