Category

Ze Sobą

Category

Jak nie wpaść w sportowe perpetum mobile?

Człowiek uczy się na błędach. To zdanie słyszałam przez całe swoje życie. Nie dlatego, że co chwila popełniałam błędy i potrzebne mi było usprawiedliwienie dla swoich porażek. To zdanie często powtarzali mi rodzice, kiedy zastanawiałam się nad podjęciem ważnych, życiowych decyzji. Miało mi dodać otuchy, zaktywizować, zmotywować do działania. Najczęściej skutecznie. Dziś, patrzę na to zdanie z nieco innej perspektywy. Bardziej sportowej, bo póki co, życiowe dylematy mam mniej lub bardziej ogarnięte. Człowiek uczy się na błędach. Uczy się siebie samego. Po porażce staje się mądrzejszy. Kiedy podnosi się i idzie dalej, jest już o kilka kroków silniejszy. A moją porażką była złapana przeze mnie… kontuzja.

Tak naprawdę jeśli miałabym określić jednym słowem końcówkę 2015 roku to spokojnie mogłabym rzec: zapieprz. Pogoń w pracy i pogoń po pracy. Dużo nowych projektów, które mentalnie mnie wyczerpywały, wymagająca dieta, przez która musiałam stać w garach po 2 godziny dziennie (lubię sprawdzać nowe przepisy, ale wtedy, kiedy mam na to ochotę, a nie, kiedy muszę!) i ćwiczenia: siłownia („hantle“ + crossfit) oraz moje ukochane bieganie. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Wieczne marudzenie, rozdrażnienie, kłótnie i marsowa mina. Oraz… życiówka na 10 km w półmaratonie Świętych Mikołajów w Toruniu. Ależ tam był ogień! Ależ była moc! 18 i 19 km biegłam w tempie 5,19 min/km, które dla mnie jest tempem mocno wymagającym. Satysfakcja ogromna. I niestety – taki sam jej koszt. W rezultacie po chwilowych sukcesach, życiowej formie, przyszło zmęczenie i rezygnacja. Ciało zaczęło odmawiać współpracy, jednak umysł robił swoje. W głowie kłębiły się myśli: dasz radę, jesteś najlepsza, wytrwasz. Zaciskałam zęby i parłam dalej. Szłam na siłownie, pomimo braku chęci i fizycznej niemocy. Nastawiałam budzik na 5.30 rano, nieważne że spałam tylko 5 godzin. Szłam biegać, bo wiedziałam, że jeśli nie pójdę, zjedzą mnie wyrzuty sumienia. To nie mogło się dobrze skończyć.

Wydawało mi się, że jestem mądrzejsza od swojego organizmu. Że jeśli ciało mi mówi: stop, a umysł: pędź dalej to ja dalej popędzę. Że muszę być twarda, że nic samo nie przychodzi, że na wszystko w życiu, również w tym sportowym, trzeba mocno zapracować. Tylko gdzie w tym wszystkim radość? Gdzie pasja? Gdzie uśmiech na twarzy?

W końcu moje ciało nie wytrzymało. Nastąpił klasyczny bunt organizmu. To był jeden z tych mroźnych, styczniowych wieczorów, kiedy po raz kolejny wyszłam pobiegać, zamiast zlec na kanapie i porządnie wypocząć. Na jakimś 7 km poczułam lewe kolano. Ból, który pojawił się znikąd, a który powoli narastał wraz z kolejno mijanymi metrami, żeby zatrzymać mnie całkowicie koło 8 km. Wtedy to nieco zignorowałam, nigdy wcześniej nic mnie nie bolało. Ja? Z kontuzją? Dobre sobie. Po powrocie w domu wszystko mi przeszło. Nie ma bólu nie ma problemu. Dopiero 2 dni później, na kolejnym treningu, kiedy po przebiegnięciu 2 km, musiałam wracać pieszo, wiedziałam, że przegięłam. Diagnoza postawiona u fizjo była dla mnie niczym kubeł zimnej wody– kontuzja pasma biodrowo – piszczelowego, w najgorszym wypadku regeneracja może potrwać nawet pół roku. O kurna!

Dziś, w połowie września, powoli wracam do biegania i treningów. Nie katuję się, nie ignoruję oznak zmęczenia. Nie trzymam się ściśle diety. Jeśli mam ochotę odpocząć to odpoczywam, jeśli mam ochotę zjeść lody to je zjadam. Wydaje mi się, że końcu dorosłam do odpowiedzialnego sportu i mądrego dbania o siebie. Bez wpadania w skrajności, bez wyrzeczeń. Bez wyrzutów sumienia, jeśli danego dnia po prostu nie uda mi się wyjść na trening. Oczywiście, to też nie jest tak, że jak tylko mam lenia to odpuszczam. Ważna jest umiejętność dokonania sprawnej oceny – czy jestem zmęczona czy tylko mi się nie chce 😊 Zresztą, o tym jak się zorganizować i jak znaleźć motywację do zdrowego trybu życia i sportu jeszcze będę pisała 😉 Teraz napiszę krótko i banalnie: po prostu trzeba słuchać siebie. I myśleć. Nie dać się wkręcić w sportowe perpetum mobile, bo tylko zrobimy sobie krzywdę. Wszystko z umiarem! Jeśli zaczynacie ćwiczyć po 3 godziny dziennie i macie niedosyt, albo łapiecie doła, bo raz nie wyszliście na trening to…. warto się na chwilę zatrzymać i mocno przewietrzyć głowę. Bo za moment może być za późno. Mi dochodzenie do siebie zajęło jakieś 4 miesiące. A wystarczyło kilka dni dobrej regeneracji i szczerej rozmowy samej ze sobą. Ale tak jak napisałam na wstępie – człowiek uczy się na błędach. Warunek – to muszą być własne błędy. Moja lekcja odrobiona.