Dżizas, co to w ogóle za pytanie?! Kto wymyślił ten tytuł? Jesień to najlepsza pora biegowa ever! No dobrze, może nie dla wszystkich. Zacznijmy zatem od początku 😊

Wracasz do domu po pracy i jedyne o czym marzysz to ciepły koc, kubek gorącej herbaty, spokojny czas spędzony z dziećmi czy na kanapie (niestety zazwyczaj jedno wyklucza drugie). Dobra, bez większej filozofii – jesteś zmęczony, bo za oknem szaroburo i marzysz o tym, aby po prostu zlec na fotelu czy innym gąbczastym sprzęcie a potem nie robić nic. Zupełnie nic. Świetnie. Oczywiście, masz do tego prawo. Tylko jak przyjdzie wiosna, nie narzekaj. Nie stękaj, że byłeś głupi, bo jednak w sumie mogłeś wstać i zacząć robić coś wcześniej. Jesień i zima to najlepszy czas na rozpoczęcie treningu. Dlaczego?

Przede wszystkim po lecie jesteś teoretycznie wypoczęty, wymuskany słońcem i zarażasz pozytywną energią. Powinieneś tryskać optymizmem i dobrym humorem. Naładowałeś baterie oraz zaopatrzyłeś się w witaminę D na cały sezon. Pytanie brzmi – jak można nie zaczynać w takim stanie? Nogi powinny same rwać się do treningu. Ok, rozumiem, że skoro czytasz ten tekst, to jednak sprawa nie jest tak do końca prosta. Postawmy sprawę jasno – potrzebujesz motywacji.

Dobry plan to podstawa

Jak zacząć? Od planu. Plan treningowy to najlepsza rzecz na świecie. I możesz mi wierzyć, albo nie – ale ja generalnie nie lubię planów. Męczy mnie to, że ktoś się ze mną umawia na coś co się wydarzy za 3 miesiące – toć to cholerny szmat czasu i kto wie ile i jakich rzeczy wydarzy się po drodze!? Ale plan treningowy to coś zupełnie innego. Zastanów się kiedy masz czas na treningi, ustal to a potem a potem realizuj. W poniedziałek po południu masz okienko? A potem w środę rano, przed pracą, też mógłbyś się zebrać? W weekend możesz skoczyć na basen z żoną/mężem i dziećmi? Świetnie. Wpisz sobie, że w te dni zaczynasz trenować, a potem się tego trzymaj. Z mojego doświadczenia wiem, że im człowiek bardziej zabiegany, tym lepiej jest w stanie się zorganizować i częściej osiąga założone cele. Dlaczego? U mnie wygląda to tak: 4 razy w tygodniu trenuję bieganie (wtorek, czwartek, sobota i niedziela), przynajmniej 2 chodzę na siłkę. Reszta to albo trening w domu, albo rower (z mężem i dziećmi) albo basen (to najrzadziej, ale jednak się zdarza). Jako że mam dwójkę dzieci i męża, który gra w piłkę, musimy się tak zorganizować, aby każdy mógł wykonać co tam sobie zaplanował. Jeśli w środę nie pójdę na siłownię o 18, to już po ptokach, po znowu mój mąż wychodzi na piłkę o 19:30. Więc to moja jedyna szansa. W czwartek zazwyczaj trenuję na Agrykoli. Jeśli nie wyjdę z domu o 20, zaraz po tym jak mój mąż wróci do domu, to potem będzie już najzwyczajniej w świecie za późno. Im więcej się dzieje, tym człowiek bardziej się organizuje a mniej się zastanawia: pójść czy odpuścić. Pójść! Bo to czasami jedyna opcja w ciągu dnia na porządny trening. Także planujemy, a potem trzymamy się ambitnie naszego planu.

Określ swoje cele

Oczywiście, plan planem, ale tak naprawdę równie ważne są cele. To one napędzają nas do działania. Cele mogą być krótko i długo terminowe. Te, których spełnienie przychodzi szybciej, są zazwyczaj mniej wymagające, te, których osiągnięcie odłożone jest w czasie – są trudniejsze do zrealizowania, ale kiedy już się uda – satysfakcja jest ogromna. Moja rada? Mix celi krótko i długo – terminowych. To co mnie nakręca do działania na co dzień to moje wyniki biegowe. Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest też tak, że po każdym treningu sprawdzam w jakim czasie ile przebiegłam, ale raz na tydzień robię sobie takie podsumowanie i patrzę jakie w danym czasie zrobiłam postępy. Na mnie to zdecydowanie działa. Zresztą – mam ogromną satysfakcję, kiedy dany odcinek trasy uda mi się przebiec z coraz mniejszą gamą problemów 😛 Im lepsze samopoczucie tym większa motywacja to wychodzenia i realizowania planu. Bo skoro coś działa i widzę poprawę, to dlaczego miałabym przestać? Takie małe cele naprawdę mogą zdziałać cuda. I należy się za nie nagradzać, a przynajmniej dziękować sobie za ich wykonanie. Ja sobie dziękuję za każdym razem ☺️ Cele długoterminowe to dopiero jest jazda! Moim ostatnim celem był start w Półmaratonie Świętych Mikołajów w Toruniu, w którym chciałam uzyskać czas poniżej 2 godzin. Zdążyłam rzutem na taśmę, ale się udało! Moja satysfakcja była ogromna! Tak naprawdę sama świadomość tego, że będę biegła i będę chciała dać z siebie wszystko napędzała mnie do codziennego działania. Wiedziałam, że po coś to przecież robię, że za kilka miesięcy mam cel do zrealizowania. To była fantastyczna motywacja.

Nie masz celu na bieganie, a np. na schudnięcie? Twoim celem krótkoterminowym może być początkowo codzienne przygotowywanie sobie posiłków, jeśli do tej pory tego nie robiłeś, np. przez tydzień. Po każdym tygodniu cel będzie osiągnięty i będziesz mógł sobie pogratulować ☺️ Nie ustawiałabym sobie celów w postaci straconych kilogramów, bo to moim zdaniem nie działa na nas dobrze. Po pierwsze – kilogramy lubią stać w miejscu, po drugie – jeśli ćwiczysz i zdrowo się odżywiasz od kilogramów ważniejsze są wymiary. Ja swoje sprawdzam raz na miesiąc, ale nie zakładam tu żadnego celu. Cieszę się tym jak wyglądam, doceniam to, że jestem zdrowa i tyle. Cel długoterminowy – beach body oczywiście. Jesień i zima to najlepszy czas na zapracowanie na piękną, wakacyjną sylwetkę. Pomyśl o tym jak będziesz pięknie wyglądała w bikini (a panowie w spodenkach i obowiązkowo bez koszulki). Masz już ten widok przed oczami? Właśnie po niego zmierzasz. Poczuj jak sięgasz po niego ręką. Jak jest blisko! Serio, na fajną, sportową sylwetkę nie zapracujesz w miesiąc. To jest całoroczna orka. Niezły wycisk, ale jaka satysfakcja! Dobra, to idziemy dalej.

Nakręcaj się!

Wiesz jak ja zaczęłam biegać? Nigdy byś nie uwierzył. W swojej poprzedniej pracy, codziennie rano, na open space, słyszałam rozmowy w stylu: ile wczoraj przebiegłeś? O!!! Śledziłem cię na Endomondo, ładna dyszka! Stary, ale mi się nie chciało, ale jednak wyszedłem. O bieganiu gadało pół działu. W pewnym momencie stwierdziłam – skoro ten kolo biega i idzie mu całkiem dobrze, dlaczego ja mam nie spróbować? I tak się właśnie zaczęło. Początki były tragiczne, ale nie porywałam się z motyką na słońce i wiedziałam, że na efekty trzeba będzie trochę zaczekać. Po pierwszych przebiegniętych 5 kilometrach gratulowało mi z 10 osób. To było miłe i dawało kopa do dalszych treningów. Wniosek? Znajdź swoje kółeczko wzajemnej adoracji. To może być grupa na Facebooku, albo jakaś rywalizacja na Endomondo. To mogą być koledzy z pracy, albo obce, smukłe laski na Instagramie. Whatever! Oby tylko działało i dawało Ci motywację do dalszej pracy. Mamy to? Lecimy dalej.

W kupie raźniej

Wiadomo, że jak się już z kimś umówisz na trening, to raczej marne szanse, że go odwołasz. Opcje są dwie: znajdź bratnią duszę, koleżankę, kolegę męża (ktoś w czasie kiedy Ty biegasz musi zajmować się przecież dziećmi) lub dołącz do jakiegoś biegowego wydarzenia (Nike w Warszawie robi specjalne spotkania, ale jest też mnóstwo grup i propozycji na Facebooku). W kupie zawsze raźniej. Poza tym nikt tak dobrze nie zrozumie biegacza jak inny biegacz. Oraz – last but not least – ktoś będzie Ci mógł strzelić porządne, biegowe zdjęcie, zamiast tradycyjnego, rozmazanego selfie. Przemyśl to.

Musisz po prostu chcieć

Na końcu, ale równie dobrze mogłoby być na początku. Musisz po prostu chcieć. Mieć w sobie wewnętrzną motywację, dzięki której pójdziesz do przodu. Nikt za Ciebie niczego nie zrobi i nikt na siłę nie będzie Cię do niczego przekonywał, jeśli sam nie będziesz tego chciał. W końcu to Twoje życie, Twoje zdrowie, Twój trening. Wybierz co jest dla Ciebie ważne, czego tak naprawdę chcesz, na czym Ci najbardziej zależy. Może się okazać, że to wcale nie jest sport, tylko np. czytanie książek. Nie ma nic gorszego niż zmuszać się do czegoś, czego się nie lubi (np. ja nie cierpię prasować i za żadne skarby nikt mnie nie zmusi do prasowej rutyny). Mi też się czasem nie chce, mam ciężkie, jesienne dni, kiedy walnęłabym wszystko w kąt i poszła spać. Spoko, jeśli to jest jeden czy dwa dni – tragedii nie ma. Ale na dłuższą metę rzucanie hasłem: o boooże, ale mi się nie chceeee jest po prostu słabe. Jesteśmy mocni, jesteśmy silni i damy radę (hehhee, jestem diamentem!)! Wykorzystujmy tę jesienną aurę, bo przy takich temperaturach jakie w tym okresie mamy, w Polsce biega się po prostu najprzyjemniej. Nie ma stękania, nie ma marudzenia. Zakładamy buty i wychodzimy. A jeśli potrzebujecie kopa – przyjdźcie do mnie ☺️ Chętnie Was kopnę, a od czasu do czasu możemy wyjść razem na wspólny trening. Voila!

Szerokiej biegowej jesiennej drogi!

Shares