Tag

bieganie

Browsing

Bieganie, Ty stara dzi… raszplo!

Wszystkich wrażliwych z góry przepraszam za ten wulgarny tytuł, ale w tym momencie nie znajduje lepszego określenia, jakim mogłabym obdarzyć bieganie, czyli sport, który uprawiam od jakiegoś czasu. Bieganie to dziwka. To zdrajczyni, która nikogo nie słucha, która chodzi swoimi ścieżkami, każdemu (a przynajmniej mi!) pluje w twarz. To wredna małpa, która najpierw rozkochuje Cię w sobie, a potem bez słowa zostawia, gdzieś daleko w tyle. Ty toniesz we łzach, ale nic nie jesteś w stanie zrobić. Wracasz do tej starej szmaty jak szczerbaty do gryzienia sucharów, chociaż minęło już 15 lat odkąd nie ma zębów. Bo bieganie kochasz. Kochasz bezwarunkowo.

Oczywiście piję do swojego ostatniego startu w Biegnij Warszawo. Dlaczego akurat do tego biegu? Wierzcie lub nie, ale w zeszłym roku, właśnie Biegnij Warszawo był moim pierwszym, oficjalnym zorganizowanym, biegiem ulicznym! Wielkie oczekiwania i wielkie emocje. Masa błędów, o których nawet napisałam post na swoim drugim blogu. Udział w tamtym biegu, w zeszłym roku, to była dla mnie wielka niewiadoma. Kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Wiedziałam za to, że będę się ścigać. Z tłumem innych biegaczy, ale przede wszystkim sama ze sobą. Bardzo długo przygotowywałam się do tego biegu. Chodziłam na siłownie, nie odpuszczałam treningów biegowych, trzymałam dietę. Robiłam wszystko, żeby wypaść jak najlepiej. W końcu przyszedł TEN dzień i… wszystko co mogło pójść nie tak, poszło nie tak. Było tragicznie, chociaż walczyłam do końca. Na metę wbiegłam z czasem 57:03 (wg Endo). Czy byłam rozczarowana? Nie, raczej szczęśliwa, że nie padłam nigdzie po drodze 😄 A jak było w tym roku? Uzbrojona o doświadczenia z roku poprzedniego, znając trasę, byłam przygotowana. I co? Spocona jak świnia minęłam metę z czasem 57:13!!!

Bieganie, Ty stara wstrętna raszplo! Chcesz mi powiedzieć, że przez ten cały rok nie zrobiłam żadnego postępu? Chcesz mi powiedzieć, że po roku czasu zaczynam od początku???

Bieganie jest niewdzięcznym sportem. Możesz trenować cały czas, a niech Cię złapie kontuzja i odpuścisz sobie jakiś tydzień lub dwa – wracasz do treningu i o – niespodzianka! Nagle się okazuje, że dyszkę, którą trzaskałeś w 55 minut, przebiegasz w minut 60! A teraz sobie wyobraź, że wypadasz z gry na kilka miesięcy. I po tym czasie przebiegnięcie dychy to dla Ciebie pieśń przyszłości. Ba – Ty marzysz o przebiegnięciu 3 kilometrów bez zatrzymywania się i bez zadyszki! Śmiem twierdzić, że właśnie w takich sytuacjach wychodzi nasza miłość do tego sportu. Nasza miłość i przywiązanie. Bo albo pokonasz swoją początkową niemoc i przezwyciężasz ten pierwszy miesiąc truchtania i krótkich dystansów, albo po prostu się poddasz, żyjąc wspomnieniami świetnych wyników z poprzednich sezonów.

Ja się nie poddałam. I owszem – po tych kilku miesiącach przerwy było mi ciężko. Wkurzałam się na siebie samą, byłam zła, bo nie mogłam biec tak jakbym chciała. Jednak wiedziałam, że taki stan minie – już raz tam przecież byłam. Już raz, po drugiej ciąży, zaczynałam od zera.

Teraz, po niedzielnym starcie w Biegnij Warszawo, znowu jestem mądrzejsza. I nie chodzi mi tu tylko o strój (w zeszłym roku w upale biegłam w długich leginsach!) czy poziom nawodnienia (a w dodatku nic nie piłam), ale o biegową dorosłość, albo inaczej – biegową świadomość. Rok później znowu wbiegam na metę z czasem 57 minut. Mogę się wkurzać, mogę się obrażać, ale nie zmienię swojej miłości do tego sportu. Swój wynik przyjmuję z pokorą. Szanuję go. To będzie mój punkt wyjścia, punkt odniesienia. Za moment znów założę sportowe buty i wyjdę na trening. Bo wierzę, że tylko swoją ciężką pracą jestem i będę w stanie coś zmienić.

Bieganie jest dziwką, ale wiem, jak ją sprowadzić na prostą 😊

FullSizeRender_1

Spocona jak świnia, z Przemkiem 😊

 

Nasza miłość do sportu

Nie wiem, czy mogę powiedzieć o nas, że jesteśmy sportową rodziną. Nikt z nas nigdy nie trenował nic profesjonalnie. Nie mamy na koncie żadnych złotych medali ani udziału w mistrzostwach. Jednak praktycznie codziennie aktywnie spędzamy czas. Czasami wszyscy razem, czasami każdy z nas osobno. Jeździmy na rowerze, jeździmy na rolkach, gramy w piłkę i biegamy (wiadomo, że ja najwięcej). Razem z Andrzejem (małż) chcemy pokazać dzieciom alternatywę, chcemy od najmłodszych lat zaszczepić w nich miłość do sportu. I póki co, chyba nam się udaje.

Kiedy dowiedziałam się, że trasa 38. PZU Maratonu Warszawskiego biegnie w zasadzie 150 metrów od naszego domu, wiedziałam, że to świetna okazja pokazać chłopcom biegaczy, dać posmakować kibicowania ale także wytłumaczyć na czym polega Maraton. Nie spodziewałam się, że na Wilanowie, w tym miejscu, będzie wielu kibiców, a wiadomo – taki doping na trasie potrafi dać mega kopa. Sama, gdy biegłam w ostatnim półmaratonie św. Mikołajów w Toruniu, byłam bardzo wdzięczna za okrzyki kibiców, które zagrzewały do dalszej walki i pokonywania kolejnych kilometrów. Zatem gdy tylko rano wstaliśmy, szybko zjedliśmy śniadanie, a zaraz po nim zaczęliśmy przygotowywać kartony z motywującymi i dawającymi otuchy napisami. Chłopcy jeszcze nie do końca wiedzieli co się dzieje, szczególnie Teoś (który sam pieczołowicie pracował nad swoim kartonikiem – zgadnijcie którym😉). Mikołaj chciał napisać coś w stylu „przybij piątkę“ ale ostatecznie skończyło się na „pięć rąk“, tak dla odmiany 😂 😂 😂 . Uzbrojeni w narzędzia do kibicowania ruszyliśmy na trasę maratonu.

Widząc te wszystkie przebiegające osoby na maksa się wzruszyłam. Pierwsze okrzyki „przybij piątkę mocy“ wydawałam z siebie ze ściśniętym gardłem, walczyłam ze łzami w oczach. Może się Wam to wydać dziwne, ale będę to powtarzała do znudzenia – nikt tak nie zrozumie biegacza jak drugi biegacz. To było po prostu niesamowite! Ile konsekwencji, wytrwałości, treningowej historii stało za tymi ludźmi, ile bólu, ile przebiegniętych kilometrów. To, jak wielkim wysiłkiem fizycznym jest przebiegnięcie maratonu, może zrozumieć osoba, która sama biega. Jeśli sam nie poczujesz tego zmęczenia, tej euforii, ciężko będzie ci sobie wyobrazić jak to jest, tak myślę. Maraton to jest zwieńczenie tego ciężkiego okresu przygotowań. To jest ekscytujący i wzruszający zarazem finał!

I właśnie to chciałam dzisiaj pokazać chłopcom. Co prawda ciężko było wytłumaczyć co się dzieje dwulatkowi, ale Mikołaj – starszy, pięcioletni syn, wszystko zrozumiał. „Mamo! I oni tak biegną aż 45 kilometrów???“, „Nie Mikołajku, 42,195 m“. „Woow! To bardzo, bardzo dużo. Daj mi mój kartonik, będę go trzymał, ale Ty krzycz, jak będę tylko dawał te „piątki mocy“. I tak to się właśnie odbywało. Przez większą część czasu staliśmy, krzyczeliśmy, zagrzewaliśmy do walki o kolejne kilometry. A Miko zbierał piątki. W pewnej chwili nawet Teoś wystawił rączkę i przybił kilka „super piątek”. To było naprawdę fantastyczne!

Tak, chcemy od małego naszym dzieciom zaszczepić miłość do sportu. W każdym jego wydaniu. Chcemy, żeby czerpali radość nie tylko z aktywności fizycznej, ale także z kibicowania. Dajemy im różne opcje do wyboru, pokazujemy, jak wiele mogą zrobić – nie tylko dla siebie ale i dla innych. Od małego przedstawiamy świat ze sportowego punktu widzenia. I chyba póki co całkiem nieźle nam to wychodzi! Mikołaj, od 2 roku życia jeździł na biegówce, a chwilę po swoich 3 urodzinach, na których otrzymał od całej rodziny rower, śmigał na nim jak stary wyczynowiec. Teraz, bez roweru, byłoby mu chyba ciężko. Od 3 roku życia uczy się też grać w piłkę. Do tego wszystkiego uwielbia biegać i jeśli go zapytać kim chce zostać w przyszłości to nie powie Wam, że strażakiem albo policjantem, a… piłkarzem albo biegaczem 😀 Teoś jest jeszcze za mały na aktywności sportowe, więc póki co siedzi w swoim rowerowym foteliku, ale jestem przekonana, że już niebawem dołączy do brata 😊

Nie mamy medali, nie jesteśmy profesjonalistami. Ale kochamy to co robimy. Kochamy sport w naszym rodzinnym wydaniu.

IMG_0563IMG_0897

IMG_0393

IMG_0901IMG_0721

IMG_0714 IMG_0287 IMG_0034 IMG_1038 IMG_1169 IMG_1152 IMG_1148

Jak znaleźć motywację do biegania, kiedy za oknem jesień?

Dżizas, co to w ogóle za pytanie?! Kto wymyślił ten tytuł? Jesień to najlepsza pora biegowa ever! No dobrze, może nie dla wszystkich. Zacznijmy zatem od początku 😊

Wracasz do domu po pracy i jedyne o czym marzysz to ciepły koc, kubek gorącej herbaty, spokojny czas spędzony z dziećmi czy na kanapie (niestety zazwyczaj jedno wyklucza drugie). Dobra, bez większej filozofii – jesteś zmęczony, bo za oknem szaroburo i marzysz o tym, aby po prostu zlec na fotelu czy innym gąbczastym sprzęcie a potem nie robić nic. Zupełnie nic. Świetnie. Oczywiście, masz do tego prawo. Tylko jak przyjdzie wiosna, nie narzekaj. Nie stękaj, że byłeś głupi, bo jednak w sumie mogłeś wstać i zacząć robić coś wcześniej. Jesień i zima to najlepszy czas na rozpoczęcie treningu. Dlaczego?

Przede wszystkim po lecie jesteś teoretycznie wypoczęty, wymuskany słońcem i zarażasz pozytywną energią. Powinieneś tryskać optymizmem i dobrym humorem. Naładowałeś baterie oraz zaopatrzyłeś się w witaminę D na cały sezon. Pytanie brzmi – jak można nie zaczynać w takim stanie? Nogi powinny same rwać się do treningu. Ok, rozumiem, że skoro czytasz ten tekst, to jednak sprawa nie jest tak do końca prosta. Postawmy sprawę jasno – potrzebujesz motywacji.

Dobry plan to podstawa

Jak zacząć? Od planu. Plan treningowy to najlepsza rzecz na świecie. I możesz mi wierzyć, albo nie – ale ja generalnie nie lubię planów. Męczy mnie to, że ktoś się ze mną umawia na coś co się wydarzy za 3 miesiące – toć to cholerny szmat czasu i kto wie ile i jakich rzeczy wydarzy się po drodze!? Ale plan treningowy to coś zupełnie innego. Zastanów się kiedy masz czas na treningi, ustal to a potem a potem realizuj. W poniedziałek po południu masz okienko? A potem w środę rano, przed pracą, też mógłbyś się zebrać? W weekend możesz skoczyć na basen z żoną/mężem i dziećmi? Świetnie. Wpisz sobie, że w te dni zaczynasz trenować, a potem się tego trzymaj. Z mojego doświadczenia wiem, że im człowiek bardziej zabiegany, tym lepiej jest w stanie się zorganizować i częściej osiąga założone cele. Dlaczego? U mnie wygląda to tak: 4 razy w tygodniu trenuję bieganie (wtorek, czwartek, sobota i niedziela), przynajmniej 2 chodzę na siłkę. Reszta to albo trening w domu, albo rower (z mężem i dziećmi) albo basen (to najrzadziej, ale jednak się zdarza). Jako że mam dwójkę dzieci i męża, który gra w piłkę, musimy się tak zorganizować, aby każdy mógł wykonać co tam sobie zaplanował. Jeśli w środę nie pójdę na siłownię o 18, to już po ptokach, po znowu mój mąż wychodzi na piłkę o 19:30. Więc to moja jedyna szansa. W czwartek zazwyczaj trenuję na Agrykoli. Jeśli nie wyjdę z domu o 20, zaraz po tym jak mój mąż wróci do domu, to potem będzie już najzwyczajniej w świecie za późno. Im więcej się dzieje, tym człowiek bardziej się organizuje a mniej się zastanawia: pójść czy odpuścić. Pójść! Bo to czasami jedyna opcja w ciągu dnia na porządny trening. Także planujemy, a potem trzymamy się ambitnie naszego planu.

Określ swoje cele

Oczywiście, plan planem, ale tak naprawdę równie ważne są cele. To one napędzają nas do działania. Cele mogą być krótko i długo terminowe. Te, których spełnienie przychodzi szybciej, są zazwyczaj mniej wymagające, te, których osiągnięcie odłożone jest w czasie – są trudniejsze do zrealizowania, ale kiedy już się uda – satysfakcja jest ogromna. Moja rada? Mix celi krótko i długo – terminowych. To co mnie nakręca do działania na co dzień to moje wyniki biegowe. Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest też tak, że po każdym treningu sprawdzam w jakim czasie ile przebiegłam, ale raz na tydzień robię sobie takie podsumowanie i patrzę jakie w danym czasie zrobiłam postępy. Na mnie to zdecydowanie działa. Zresztą – mam ogromną satysfakcję, kiedy dany odcinek trasy uda mi się przebiec z coraz mniejszą gamą problemów 😛 Im lepsze samopoczucie tym większa motywacja to wychodzenia i realizowania planu. Bo skoro coś działa i widzę poprawę, to dlaczego miałabym przestać? Takie małe cele naprawdę mogą zdziałać cuda. I należy się za nie nagradzać, a przynajmniej dziękować sobie za ich wykonanie. Ja sobie dziękuję za każdym razem ☺️ Cele długoterminowe to dopiero jest jazda! Moim ostatnim celem był start w Półmaratonie Świętych Mikołajów w Toruniu, w którym chciałam uzyskać czas poniżej 2 godzin. Zdążyłam rzutem na taśmę, ale się udało! Moja satysfakcja była ogromna! Tak naprawdę sama świadomość tego, że będę biegła i będę chciała dać z siebie wszystko napędzała mnie do codziennego działania. Wiedziałam, że po coś to przecież robię, że za kilka miesięcy mam cel do zrealizowania. To była fantastyczna motywacja.

Nie masz celu na bieganie, a np. na schudnięcie? Twoim celem krótkoterminowym może być początkowo codzienne przygotowywanie sobie posiłków, jeśli do tej pory tego nie robiłeś, np. przez tydzień. Po każdym tygodniu cel będzie osiągnięty i będziesz mógł sobie pogratulować ☺️ Nie ustawiałabym sobie celów w postaci straconych kilogramów, bo to moim zdaniem nie działa na nas dobrze. Po pierwsze – kilogramy lubią stać w miejscu, po drugie – jeśli ćwiczysz i zdrowo się odżywiasz od kilogramów ważniejsze są wymiary. Ja swoje sprawdzam raz na miesiąc, ale nie zakładam tu żadnego celu. Cieszę się tym jak wyglądam, doceniam to, że jestem zdrowa i tyle. Cel długoterminowy – beach body oczywiście. Jesień i zima to najlepszy czas na zapracowanie na piękną, wakacyjną sylwetkę. Pomyśl o tym jak będziesz pięknie wyglądała w bikini (a panowie w spodenkach i obowiązkowo bez koszulki). Masz już ten widok przed oczami? Właśnie po niego zmierzasz. Poczuj jak sięgasz po niego ręką. Jak jest blisko! Serio, na fajną, sportową sylwetkę nie zapracujesz w miesiąc. To jest całoroczna orka. Niezły wycisk, ale jaka satysfakcja! Dobra, to idziemy dalej.

Nakręcaj się!

Wiesz jak ja zaczęłam biegać? Nigdy byś nie uwierzył. W swojej poprzedniej pracy, codziennie rano, na open space, słyszałam rozmowy w stylu: ile wczoraj przebiegłeś? O!!! Śledziłem cię na Endomondo, ładna dyszka! Stary, ale mi się nie chciało, ale jednak wyszedłem. O bieganiu gadało pół działu. W pewnym momencie stwierdziłam – skoro ten kolo biega i idzie mu całkiem dobrze, dlaczego ja mam nie spróbować? I tak się właśnie zaczęło. Początki były tragiczne, ale nie porywałam się z motyką na słońce i wiedziałam, że na efekty trzeba będzie trochę zaczekać. Po pierwszych przebiegniętych 5 kilometrach gratulowało mi z 10 osób. To było miłe i dawało kopa do dalszych treningów. Wniosek? Znajdź swoje kółeczko wzajemnej adoracji. To może być grupa na Facebooku, albo jakaś rywalizacja na Endomondo. To mogą być koledzy z pracy, albo obce, smukłe laski na Instagramie. Whatever! Oby tylko działało i dawało Ci motywację do dalszej pracy. Mamy to? Lecimy dalej.

W kupie raźniej

Wiadomo, że jak się już z kimś umówisz na trening, to raczej marne szanse, że go odwołasz. Opcje są dwie: znajdź bratnią duszę, koleżankę, kolegę męża (ktoś w czasie kiedy Ty biegasz musi zajmować się przecież dziećmi) lub dołącz do jakiegoś biegowego wydarzenia (Nike w Warszawie robi specjalne spotkania, ale jest też mnóstwo grup i propozycji na Facebooku). W kupie zawsze raźniej. Poza tym nikt tak dobrze nie zrozumie biegacza jak inny biegacz. Oraz – last but not least – ktoś będzie Ci mógł strzelić porządne, biegowe zdjęcie, zamiast tradycyjnego, rozmazanego selfie. Przemyśl to.

Musisz po prostu chcieć

Na końcu, ale równie dobrze mogłoby być na początku. Musisz po prostu chcieć. Mieć w sobie wewnętrzną motywację, dzięki której pójdziesz do przodu. Nikt za Ciebie niczego nie zrobi i nikt na siłę nie będzie Cię do niczego przekonywał, jeśli sam nie będziesz tego chciał. W końcu to Twoje życie, Twoje zdrowie, Twój trening. Wybierz co jest dla Ciebie ważne, czego tak naprawdę chcesz, na czym Ci najbardziej zależy. Może się okazać, że to wcale nie jest sport, tylko np. czytanie książek. Nie ma nic gorszego niż zmuszać się do czegoś, czego się nie lubi (np. ja nie cierpię prasować i za żadne skarby nikt mnie nie zmusi do prasowej rutyny). Mi też się czasem nie chce, mam ciężkie, jesienne dni, kiedy walnęłabym wszystko w kąt i poszła spać. Spoko, jeśli to jest jeden czy dwa dni – tragedii nie ma. Ale na dłuższą metę rzucanie hasłem: o boooże, ale mi się nie chceeee jest po prostu słabe. Jesteśmy mocni, jesteśmy silni i damy radę (hehhee, jestem diamentem!)! Wykorzystujmy tę jesienną aurę, bo przy takich temperaturach jakie w tym okresie mamy, w Polsce biega się po prostu najprzyjemniej. Nie ma stękania, nie ma marudzenia. Zakładamy buty i wychodzimy. A jeśli potrzebujecie kopa – przyjdźcie do mnie ☺️ Chętnie Was kopnę, a od czasu do czasu możemy wyjść razem na wspólny trening. Voila!

Szerokiej biegowej jesiennej drogi!

Jak nie wpaść w sportowe perpetum mobile?

Człowiek uczy się na błędach. To zdanie słyszałam przez całe swoje życie. Nie dlatego, że co chwila popełniałam błędy i potrzebne mi było usprawiedliwienie dla swoich porażek. To zdanie często powtarzali mi rodzice, kiedy zastanawiałam się nad podjęciem ważnych, życiowych decyzji. Miało mi dodać otuchy, zaktywizować, zmotywować do działania. Najczęściej skutecznie. Dziś, patrzę na to zdanie z nieco innej perspektywy. Bardziej sportowej, bo póki co, życiowe dylematy mam mniej lub bardziej ogarnięte. Człowiek uczy się na błędach. Uczy się siebie samego. Po porażce staje się mądrzejszy. Kiedy podnosi się i idzie dalej, jest już o kilka kroków silniejszy. A moją porażką była złapana przeze mnie… kontuzja.

Tak naprawdę jeśli miałabym określić jednym słowem końcówkę 2015 roku to spokojnie mogłabym rzec: zapieprz. Pogoń w pracy i pogoń po pracy. Dużo nowych projektów, które mentalnie mnie wyczerpywały, wymagająca dieta, przez która musiałam stać w garach po 2 godziny dziennie (lubię sprawdzać nowe przepisy, ale wtedy, kiedy mam na to ochotę, a nie, kiedy muszę!) i ćwiczenia: siłownia („hantle“ + crossfit) oraz moje ukochane bieganie. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Wieczne marudzenie, rozdrażnienie, kłótnie i marsowa mina. Oraz… życiówka na 10 km w półmaratonie Świętych Mikołajów w Toruniu. Ależ tam był ogień! Ależ była moc! 18 i 19 km biegłam w tempie 5,19 min/km, które dla mnie jest tempem mocno wymagającym. Satysfakcja ogromna. I niestety – taki sam jej koszt. W rezultacie po chwilowych sukcesach, życiowej formie, przyszło zmęczenie i rezygnacja. Ciało zaczęło odmawiać współpracy, jednak umysł robił swoje. W głowie kłębiły się myśli: dasz radę, jesteś najlepsza, wytrwasz. Zaciskałam zęby i parłam dalej. Szłam na siłownie, pomimo braku chęci i fizycznej niemocy. Nastawiałam budzik na 5.30 rano, nieważne że spałam tylko 5 godzin. Szłam biegać, bo wiedziałam, że jeśli nie pójdę, zjedzą mnie wyrzuty sumienia. To nie mogło się dobrze skończyć.

Wydawało mi się, że jestem mądrzejsza od swojego organizmu. Że jeśli ciało mi mówi: stop, a umysł: pędź dalej to ja dalej popędzę. Że muszę być twarda, że nic samo nie przychodzi, że na wszystko w życiu, również w tym sportowym, trzeba mocno zapracować. Tylko gdzie w tym wszystkim radość? Gdzie pasja? Gdzie uśmiech na twarzy?

W końcu moje ciało nie wytrzymało. Nastąpił klasyczny bunt organizmu. To był jeden z tych mroźnych, styczniowych wieczorów, kiedy po raz kolejny wyszłam pobiegać, zamiast zlec na kanapie i porządnie wypocząć. Na jakimś 7 km poczułam lewe kolano. Ból, który pojawił się znikąd, a który powoli narastał wraz z kolejno mijanymi metrami, żeby zatrzymać mnie całkowicie koło 8 km. Wtedy to nieco zignorowałam, nigdy wcześniej nic mnie nie bolało. Ja? Z kontuzją? Dobre sobie. Po powrocie w domu wszystko mi przeszło. Nie ma bólu nie ma problemu. Dopiero 2 dni później, na kolejnym treningu, kiedy po przebiegnięciu 2 km, musiałam wracać pieszo, wiedziałam, że przegięłam. Diagnoza postawiona u fizjo była dla mnie niczym kubeł zimnej wody– kontuzja pasma biodrowo – piszczelowego, w najgorszym wypadku regeneracja może potrwać nawet pół roku. O kurna!

Dziś, w połowie września, powoli wracam do biegania i treningów. Nie katuję się, nie ignoruję oznak zmęczenia. Nie trzymam się ściśle diety. Jeśli mam ochotę odpocząć to odpoczywam, jeśli mam ochotę zjeść lody to je zjadam. Wydaje mi się, że końcu dorosłam do odpowiedzialnego sportu i mądrego dbania o siebie. Bez wpadania w skrajności, bez wyrzeczeń. Bez wyrzutów sumienia, jeśli danego dnia po prostu nie uda mi się wyjść na trening. Oczywiście, to też nie jest tak, że jak tylko mam lenia to odpuszczam. Ważna jest umiejętność dokonania sprawnej oceny – czy jestem zmęczona czy tylko mi się nie chce 😊 Zresztą, o tym jak się zorganizować i jak znaleźć motywację do zdrowego trybu życia i sportu jeszcze będę pisała 😉 Teraz napiszę krótko i banalnie: po prostu trzeba słuchać siebie. I myśleć. Nie dać się wkręcić w sportowe perpetum mobile, bo tylko zrobimy sobie krzywdę. Wszystko z umiarem! Jeśli zaczynacie ćwiczyć po 3 godziny dziennie i macie niedosyt, albo łapiecie doła, bo raz nie wyszliście na trening to…. warto się na chwilę zatrzymać i mocno przewietrzyć głowę. Bo za moment może być za późno. Mi dochodzenie do siebie zajęło jakieś 4 miesiące. A wystarczyło kilka dni dobrej regeneracji i szczerej rozmowy samej ze sobą. Ale tak jak napisałam na wstępie – człowiek uczy się na błędach. Warunek – to muszą być własne błędy. Moja lekcja odrobiona.

Jak zacząć biegać?

Bieganie to moja pasja. Co tu dużo mówić – uwielbiam biegać. Ale nie zawsze tak było. Gdyby ten wpis czytała moja nauczycielka WF-u z podstawówki, pewnie w tym miejscu parsknęłaby śmiechem 😉 O ile sport mam we krwi i zawsze, od kiedy sięgam pamięcią, coś trenowałam, o tyle bieganie traktowałam jako przykry obowiązek. A potem coś się zmieniło. Zaczęłam biegać. I tak to się jakoś rozkręciło. Zatem pytanie podstawowe brzmi – jak zacząć biegać?

Wiele osób, patrząc na moje foty z Instagrama lub doniesienia na Facebooku😉, pyta mnie jak zacząć biegać. Cieszy mnie to, że moja aktywność wpływa na decyzje albo przynajmniej na myślenie o podjęcie pewnych decyzji przez innych. Jak zacząć biegać? Pozwólcie, że na to pytanie odpowiem na swoim przykładzie. Poniżej znajdziecie kilka moich, osobistych protipów:

Sprawdź, czy nie ma przeciwwskazań

Morfologia kojarzy Wam się z lekcjami biologii z liceum a EKG z jakąś nową marką piwka? Czas wybrać się do lekarza i sprawdzić, czy nic Wam nie dolega. Ogólne badania krwi i EKG to podstawa. Bieganiem nie chcecie sobie zrobić przecież krzywdy. Warto raz na rok, kontrolnie, zrobić sobie taki szybki przegląd organizmu. Jeśli wszystko jest na swoim miejscu, nic Wam nie skrzypi, cieszycie się dobrym zdrowiem, możecie zaczynać!

Zacznij powoli

Nie jest to żaden rocket science, ale na pytanie o to jak zacząć biegać, odpowiem – powoli. I tu mam na myśli zarówno tempo, jak i pokonywane dystanse. Jeśli do tej pory prowadziliście bardziej pasywny tryb życia, a Wasza praca to 8 godzin za biurkiem, to nie porywajcie się z motyką na Słońce. Nie od razu Rzym zbudowano! Nie spodziewajcie się, że na pierwszym treningu sprintem przebiegniecie 5 kilometrów. Po pierwsze, możecie po prostu zrobić sobie krzywdę, a po drugie szybko się zniechęcicie i kolejny raz nie będzie Wam się już chciało wyjść na zewnątrz, macie to jak w banku. Jak więc zacząć biegać? Zaplanujcie sobie aktywne 30 minut i podzielcie ten czas na odcinki. Większość tego czasu po prostu dynamicznie maszerujcie, a kiedy poczujecie się na siłach możecie pobiec – ale truchtem! Żadnych sprintów! Jeśli czujecie, że się mocno męczycie – zwolnijcie. Po jakimś czasie zauważycie, że coraz rzadziej chcecie przejść do marszu. Ja tak właśnie zaczynałam – na spokojnie. Dzięki temu nie byłam zniechęcona, z przyjemnością wychodziłam na trening, a zanim się nie obejrzałam, spokojnym tempem mogłam przebiec te 30 minut. Jak mój organizm pomacał się już ze sportem, poszukałam pierwszych, gotowych planów treningowych dla początkujących.

Zrób sobie plan

Ustalcie sobie ile czasu w tygodniu możecie poświęcić na bieganie i tego się trzymajcie. Ja zaplanowałam sobie 4 biegowe dni w tygodniu. Treningi włączyłam do mojej rutyny. Po prostu wiem, że zawsze we wtorki, czwartki, sobotę i niedzielę biegam.  Z takim ustalonym z góry planem łatwiej jest mi się zmotywować. Łatwiej jest mi także umówić się z mężem, który już wie, że w te dni sam spędza czas z dziećmi. Jeśli chodzi o dni w tygodniu – biegam po południu. W weekend wychodzi to różnie, bardziej spontanicznie, w zależności od aktywności z dziećmi.

Nagradzaj się za małe sukcesy

Wyszliście na trening zgodnie z planem? Pogratulujcie sobie. Za każdym razem. Może to wyda Wam się totalnie durne, ale ja sobie dziękuję w myślach. Za to, że wykonałam kawał dobrej roboty, wyszłam, przebiegłam, poćwiczyłam, dotleniłam się, miałam czas na przemyślenia. Po takim wewnętrznym docenieniu się czuję się zdecydowanie lepiej! To naprawdę działa, chociaż na początku może Wam się to wydać śmieszne. Spróbujcie koniecznie 😊

Pamiętaj o rozciąganiu

To jest ten punkt całego biegania, o którym niestety najczęściej po prostu się zapomina. Albo z premedytacją się go pomija, a jest on niesłychanie ważny. Po każdym treningu warto poświęcić kilka minut na porządne rozciąganie, czy rolowanie. Bez tego ani rusz.

Nie inwestuj, przynajmniej na początku

Jeszcze nie zaczęliście biegać, ale macie już nowe buty i cały sprzęt sportowy? Świetnie! Tylko na dłuższą metę takie działanie jest zupełnie bez sensu. Na pierwsze treningi nie potrzebujecie żadnych biegowych gadżetów ani profesjonalnego stroju. Nie umawiajcie się, że jak tylko kupicie sobie nowe spodnie, czy zegarek to wtedy na pewno zaczniecie biegać. Nie warunkujcie od zakupów uprawiania sportu. Jeśli naprawdę zależy Wam na bieganiu, na początek wystarczy zwykły dres, oraz para sportowych butów. Na poważne zakupy przyjdzie jeszcze czas. Nie ma na co zwlekać! Wiecie jak jest – kiepskiej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy 😉

Zacznij już teraz

Nie czekajcie do wiosny, albo na koleżankę, aż wróci z wakacji. Po prostu wyjdźcie i zacznijcie już teraz. I chociaż na początku może być ciężko, już po pierwszym miesiącu regularnych treningów zobaczycie różnicę. Będzie Wam się lepiej pracować, a przy biegnięciu do autobusu nie dostaniecie zadyszki. W pewnym momencie Wasz organizm sam będzie się upominał o trening. I to szybciej niż myślicie. Bo bieganie mocno uzależnia – I know what I’m sayin’ ☺️

Do zobaczenia na biegowych ścieżkach!