Tag

polecane

Browsing

A tymczasem, w naszym domu pojawiła się…. kotka!

Zawsze chciałam mieć córeczkę. I kiedy okazało się, że drugim dzieckiem też będzie syn – zmarkotniałam. Znowu siusiak! Znowu w mniejszości! Oszaleć można! No nic, skoro nie mogłam oszukać matki natury, musiałam podjąć się innych sposobów, aby chociaż zbliżyć się do wyrównania poziomu kobiecych pierwiastków w naszym wypełnionym mężczyznami domu. W końcu miałam też motywację do wzięcia spraw w swoje ręce 😉 I tak, 3 lata później pojawiła się u nas… kotka 🙂

Nastawiałam się bardziej na kota, niż na psa (a właściwie suczkę), ponieważ na co dzień oboje z Andrzejem mamy dość sporo obowiązków i w tej chwili nie znaleźlibyśmy na psa czasu. Poza tym mieszkamy w bloku, więc.. myślę, że psy po prostu lepiej jest mieć, jak się mieszka w domu. Koty są, jakby to powiedzieć, mniej wymagające. Nie trzeba wyprowadzać ich 3 razy dziennie na dwór, no i jakby nie było – aż tak dużo nie jedzą 😉 Nie ślinią się, nie pachnie im brzydko z pyszczka. Nie wąchają kup innych kotów. No prawie same plusy! Z minusów – sporo osób ma alergię na kocią ślinę. No i koty drapią różne przedmioty, na co nie ma się tak do końca wpływu. Nie mniej – 3 lata zajęło mi przekonanie Andrzeja, że kot w naszym życiu nie wywoła niewiadomojakiejrewolucji oraz, że będę się nim zajmować. Tzn. że po mojej stronie będzie weterynarz i czyszczenie kuwety. Udało się. Jak to mówią najstarsi górale – kropla drąży skałę. Tak też było i w naszym przypadku.

Od razu uprzedzam – to nie jest wpis o tym, jak przez 3 lata wiercić mężowi dziurę w brzuchu. Po prostu temat kota raz po raz u nas wracał. Ja nie cisnęłam, a Andrzej miał swój czas na oswojenie się z myślą, że być może w naszym domu pojawi się futrzak. W końcu decyzja jako taka zapadła, a ja powoli zaczęłam organizować kocią wyprawkę. Tu koleżanka miała do sprzedania drapak – bach, odkupiłam. Dostałam zniżkę na zmówienie kociego jedzenia w sklepie internetowych – bach, wykorzystałam. W Lidlu rzucili kuwetkę i transportem, bach podjechałam, nabyłam. Wszystko co dało się kupić było w miarę do ogarnięcia. Ostatnim i zarazem najtrudniejszym wyzwaniem okazała się siatka zabezpieczająca taras. Tutaj było mega dużo zamieszania, bo taras nietypowy, więc drogi. Okna nietypowe, więc drogie. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na założenie siatek na same drzwi tarasowe i duże okno w kuchni, które były dla nas zrobione na wymiar. Od razu dodam – nie są to tanie rzeczy. Za całość metodą bezinwazyjną, czyli bez wiercenia w ramie okna, zapłaciliśmy 650 złotych.

Zmierzając do meritum 🙂 Z chwilą, w której pomyślałam o kocie, wiedziałam, że będzie to kot ze schroniska, bądź z fundacji. Absolutnie nie neguję kupowania kotów z hodowli. Po prostu mi zależało na tym, aby pomóc, zaadoptować kota, któremu będziemy mogli dać dom i szansę na życie z fajną rodzinką. Wiedziałam też, że to nie może być mały kotek – zależało mi na tym, aby kot był oswojony, ale i łagodny, nadający się do domu z dziećmi. Po różnych przygodach związanych z adopcją, w końcu się udało. I tak w naszym domu pojawiła się kotka z przeszłością, którą w domu tymczasowym ówcześni opiekunowie (fantastyczni Magda & Piotr Motrenko z bloga Wnętrza Zewnętrza, którzy przygarnęli całą kocią rodzinkę!) nazywali Mamą Kot, a u nas została Figą. Piszę „kotka z przeszłością”, ponieważ kotka, w chwili znalezienia, była już mamą z piątką kociąt, a cały komplet prawdopodobnie ktoś wyrzucił. Szkoda gadać. I o ile małe kotki szybko znalazły nowych opiekunów, tak dorosłą Mamą Kot vel. Figą nikt się nie interesował. Do czasu 🙂

Oszczędzę Wam tych wszystkich szczegółów, jak to było jak zobaczyłam Figę po raz pierwszy. Powiem tak – nie do końca lubię koty o czarnym umaszczeniu. Ale ostatecznie – jakie to ma znaczenie! Przecież liczy się to, żeby kot miał odpowiedni charakter, który będzie pasował do rodziny, do której trafi. No nie wyobrażam sobie adoptować pięknego kota, który będzie furczeć na moje dzieci 😉 Figa to był strzał w dziesiątkę. Spokojna, łagodna kotka, która bardzo dobrze znosi piski Teo ;), uwielbia jak chłopcy ją głaszczą i coraz częściej tych głasków oczekuje 🙂 Chociaż początki nie były łatwe. Kotka, w nowym otoczeniu i z nowymi ludźmi potrzebowała czasu, aby się z nami oswoić i chyba też nam zaufać. Nikt na nią nie naciskał. Chłopcy cierpliwie czekali, aż nowa lokatorka nabierze do nich zaufania i będzie chętna na wspólne zabawy. I ten dzień w końcu przyszedł. Figa po prostu usiadła koło nas na kanapie, co nigdy wcześniej się jej nie zdarzało. Przyszła do nas sama, a my wiedzieliśmy – bariera została przełamana 🙂 Lody – skruszone! 🙂

Chłopcy kotkę wprost uwielbiają. Chętnie się z nią bawią, przekupują przysmaczkami. Prześcigają się w tym, kto jej poda jedzenie. Miko nawet ją wyczesuje (oczywiście pod moim czujnym okiem). Kuwetka oczywiście jest nadal tylko moim obowiązkiem 🙂 Figę lubi też Andrzej, który pracując z domu, spędza z nią najwięcej czasu. Widać, że świetnie się dogadują 😀 W końcu w naszej rodzinie pojawiła się upragniona córeczka 😀 😉

Czy żałuję swojej decyzji o adopcji kota? Oczywiście, że nie! Szkoda, że tak długo z tym wszystkim zwlekałam, chociaż teraz nie byłoby u nas Figi. Czy to nasz ostatni kot? Pewnie nie. Póki co najważniejsze jest dla nas to, aby Figa w 100% się z nami oswoiła. Jeśli wszystko będzie ok, pomyślimy o towarzystwie dla naszej kociej mamy. Czy polecam adopcje z fundacji? Jak najbardziej! Decydując się na kota z fundacji pomagamy! Dajemy kotom szansę na nowy, lepszy dom. Odciążamy fundacje, w których kotów jest zatrzęsienie. Mamy też kota zaszczepionego, odrobaczonego i najczęściej wykastrowanego. My naszą Figę zaadoptowaliśmy z fundacji JOKOT. Jeśli szukacie kota dla siebie – kliknijcie. Jest tam cała masa fantastycznych zwierząt, które czekają na swoich nowych, kochających opiekunów.

To póki co na tyle. W planach mam jeszcze wpis o kociej wyprawce – co mamy my, co się u nas sprawdziło, a co było kompletną porażką oraz taki konkretny wpis o tym, na co zwracać uwagę zapraszając kota do życia w domu z dziećmi. A tymczasem zapraszam Was na Instagram, gdzie znajdziecie aktualne zdjęcia naszej 5 – osobowej rodzinki <3

Wegańskie brownie z buraków

To brownie z buraków jest wyjątkowe, bardzo wilgotne, rozpływające się w ustach, pyszne. A przy tym nie zawiera nabiału, jajek, czy nawet mąki pszennej. Można więc konsumować bez wyrzutów sumienia. Co więcej – jeśli podacie je komuś do spróbowania, smak buraka jest prawie niewyczuwalny. Ja nie wiem jak to się dzieje, że te wszystkie warzywne fit ciasta smakują naprawdę bardzo dobrze i nie czuć w smaku tych dziwnych czasami składników. Magia! 😃

Przepis jest niezwykle prosty, wykonanie jeszcze prostsze, a pieczenie zajmuje około 30 minut. Gotowi?

Składniki:

300 gr buraków (wychodzi około 3 buraki średniej wielkości)

3 łyżki zmielonego siemienia lnianego

1/2 szklanki mąki kokosowej

3-4 łyżki ksylitolu (lub innego słodzidła, które lubicie, jeśli chcecie bardziej słodkie, to dodajecie więcej łyżek)

2 łyżki kakao

50 gr pokruszonej, gorzkiej czekolady (można pominąć)

1/2 łyżeczki przyprawy do piernika lub cynamonu (co kto lubi)

1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

szczypta soli (ja dałam himalajską)

opcjonalnie: pokruszone orzechy, pokrojone daktyle – co kto lubi

Wykonanie:

Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.

Buraki gotujemy w całości, studzimy, obieramy. 3 łyżki siemienia lnianego zalewamy 9 łyżkami ciepłej wody (można dać ciut więcej, chodzi o to, żeby się zrobił z tego glut). Buraki i siemię blendujemy bądź miksujemy na gładką masę (ja korzystam z Thermomixa, obroty 6). Wszystkie suche składniki: mąkę kokosową, ksylitol, kakao, przyprawę lub cynamon, proszek do pieczenia i sol mieszamy  w misce. Dodajemy kruszoną czekoladę i naszą buraczaną masę. Mieszamy tylko połączenia składników. Całość wylewamy na blachę (u mnie silikonowa tortownica o średnicy 20 cm, wyłożona papierem do pieczenia). Pieczemy około 25 – 30 minut. Smacznego!

Bieganie, Ty stara dzi… raszplo!

Wszystkich wrażliwych z góry przepraszam za ten wulgarny tytuł, ale w tym momencie nie znajduje lepszego określenia, jakim mogłabym obdarzyć bieganie, czyli sport, który uprawiam od jakiegoś czasu. Bieganie to dziwka. To zdrajczyni, która nikogo nie słucha, która chodzi swoimi ścieżkami, każdemu (a przynajmniej mi!) pluje w twarz. To wredna małpa, która najpierw rozkochuje Cię w sobie, a potem bez słowa zostawia, gdzieś daleko w tyle. Ty toniesz we łzach, ale nic nie jesteś w stanie zrobić. Wracasz do tej starej szmaty jak szczerbaty do gryzienia sucharów, chociaż minęło już 15 lat odkąd nie ma zębów. Bo bieganie kochasz. Kochasz bezwarunkowo.

Oczywiście piję do swojego ostatniego startu w Biegnij Warszawo. Dlaczego akurat do tego biegu? Wierzcie lub nie, ale w zeszłym roku, właśnie Biegnij Warszawo był moim pierwszym, oficjalnym zorganizowanym, biegiem ulicznym! Wielkie oczekiwania i wielkie emocje. Masa błędów, o których nawet napisałam post na swoim drugim blogu. Udział w tamtym biegu, w zeszłym roku, to była dla mnie wielka niewiadoma. Kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać. Wiedziałam za to, że będę się ścigać. Z tłumem innych biegaczy, ale przede wszystkim sama ze sobą. Bardzo długo przygotowywałam się do tego biegu. Chodziłam na siłownie, nie odpuszczałam treningów biegowych, trzymałam dietę. Robiłam wszystko, żeby wypaść jak najlepiej. W końcu przyszedł TEN dzień i… wszystko co mogło pójść nie tak, poszło nie tak. Było tragicznie, chociaż walczyłam do końca. Na metę wbiegłam z czasem 57:03 (wg Endo). Czy byłam rozczarowana? Nie, raczej szczęśliwa, że nie padłam nigdzie po drodze 😄 A jak było w tym roku? Uzbrojona o doświadczenia z roku poprzedniego, znając trasę, byłam przygotowana. I co? Spocona jak świnia minęłam metę z czasem 57:13!!!

Bieganie, Ty stara wstrętna raszplo! Chcesz mi powiedzieć, że przez ten cały rok nie zrobiłam żadnego postępu? Chcesz mi powiedzieć, że po roku czasu zaczynam od początku???

Bieganie jest niewdzięcznym sportem. Możesz trenować cały czas, a niech Cię złapie kontuzja i odpuścisz sobie jakiś tydzień lub dwa – wracasz do treningu i o – niespodzianka! Nagle się okazuje, że dyszkę, którą trzaskałeś w 55 minut, przebiegasz w minut 60! A teraz sobie wyobraź, że wypadasz z gry na kilka miesięcy. I po tym czasie przebiegnięcie dychy to dla Ciebie pieśń przyszłości. Ba – Ty marzysz o przebiegnięciu 3 kilometrów bez zatrzymywania się i bez zadyszki! Śmiem twierdzić, że właśnie w takich sytuacjach wychodzi nasza miłość do tego sportu. Nasza miłość i przywiązanie. Bo albo pokonasz swoją początkową niemoc i przezwyciężasz ten pierwszy miesiąc truchtania i krótkich dystansów, albo po prostu się poddasz, żyjąc wspomnieniami świetnych wyników z poprzednich sezonów.

Ja się nie poddałam. I owszem – po tych kilku miesiącach przerwy było mi ciężko. Wkurzałam się na siebie samą, byłam zła, bo nie mogłam biec tak jakbym chciała. Jednak wiedziałam, że taki stan minie – już raz tam przecież byłam. Już raz, po drugiej ciąży, zaczynałam od zera.

Teraz, po niedzielnym starcie w Biegnij Warszawo, znowu jestem mądrzejsza. I nie chodzi mi tu tylko o strój (w zeszłym roku w upale biegłam w długich leginsach!) czy poziom nawodnienia (a w dodatku nic nie piłam), ale o biegową dorosłość, albo inaczej – biegową świadomość. Rok później znowu wbiegam na metę z czasem 57 minut. Mogę się wkurzać, mogę się obrażać, ale nie zmienię swojej miłości do tego sportu. Swój wynik przyjmuję z pokorą. Szanuję go. To będzie mój punkt wyjścia, punkt odniesienia. Za moment znów założę sportowe buty i wyjdę na trening. Bo wierzę, że tylko swoją ciężką pracą jestem i będę w stanie coś zmienić.

Bieganie jest dziwką, ale wiem, jak ją sprowadzić na prostą 😊

FullSizeRender_1

Spocona jak świnia, z Przemkiem 😊

 

Nasza miłość do sportu

Nie wiem, czy mogę powiedzieć o nas, że jesteśmy sportową rodziną. Nikt z nas nigdy nie trenował nic profesjonalnie. Nie mamy na koncie żadnych złotych medali ani udziału w mistrzostwach. Jednak praktycznie codziennie aktywnie spędzamy czas. Czasami wszyscy razem, czasami każdy z nas osobno. Jeździmy na rowerze, jeździmy na rolkach, gramy w piłkę i biegamy (wiadomo, że ja najwięcej). Razem z Andrzejem (małż) chcemy pokazać dzieciom alternatywę, chcemy od najmłodszych lat zaszczepić w nich miłość do sportu. I póki co, chyba nam się udaje.

Kiedy dowiedziałam się, że trasa 38. PZU Maratonu Warszawskiego biegnie w zasadzie 150 metrów od naszego domu, wiedziałam, że to świetna okazja pokazać chłopcom biegaczy, dać posmakować kibicowania ale także wytłumaczyć na czym polega Maraton. Nie spodziewałam się, że na Wilanowie, w tym miejscu, będzie wielu kibiców, a wiadomo – taki doping na trasie potrafi dać mega kopa. Sama, gdy biegłam w ostatnim półmaratonie św. Mikołajów w Toruniu, byłam bardzo wdzięczna za okrzyki kibiców, które zagrzewały do dalszej walki i pokonywania kolejnych kilometrów. Zatem gdy tylko rano wstaliśmy, szybko zjedliśmy śniadanie, a zaraz po nim zaczęliśmy przygotowywać kartony z motywującymi i dawającymi otuchy napisami. Chłopcy jeszcze nie do końca wiedzieli co się dzieje, szczególnie Teoś (który sam pieczołowicie pracował nad swoim kartonikiem – zgadnijcie którym😉). Mikołaj chciał napisać coś w stylu „przybij piątkę“ ale ostatecznie skończyło się na „pięć rąk“, tak dla odmiany 😂 😂 😂 . Uzbrojeni w narzędzia do kibicowania ruszyliśmy na trasę maratonu.

Widząc te wszystkie przebiegające osoby na maksa się wzruszyłam. Pierwsze okrzyki „przybij piątkę mocy“ wydawałam z siebie ze ściśniętym gardłem, walczyłam ze łzami w oczach. Może się Wam to wydać dziwne, ale będę to powtarzała do znudzenia – nikt tak nie zrozumie biegacza jak drugi biegacz. To było po prostu niesamowite! Ile konsekwencji, wytrwałości, treningowej historii stało za tymi ludźmi, ile bólu, ile przebiegniętych kilometrów. To, jak wielkim wysiłkiem fizycznym jest przebiegnięcie maratonu, może zrozumieć osoba, która sama biega. Jeśli sam nie poczujesz tego zmęczenia, tej euforii, ciężko będzie ci sobie wyobrazić jak to jest, tak myślę. Maraton to jest zwieńczenie tego ciężkiego okresu przygotowań. To jest ekscytujący i wzruszający zarazem finał!

I właśnie to chciałam dzisiaj pokazać chłopcom. Co prawda ciężko było wytłumaczyć co się dzieje dwulatkowi, ale Mikołaj – starszy, pięcioletni syn, wszystko zrozumiał. „Mamo! I oni tak biegną aż 45 kilometrów???“, „Nie Mikołajku, 42,195 m“. „Woow! To bardzo, bardzo dużo. Daj mi mój kartonik, będę go trzymał, ale Ty krzycz, jak będę tylko dawał te „piątki mocy“. I tak to się właśnie odbywało. Przez większą część czasu staliśmy, krzyczeliśmy, zagrzewaliśmy do walki o kolejne kilometry. A Miko zbierał piątki. W pewnej chwili nawet Teoś wystawił rączkę i przybił kilka „super piątek”. To było naprawdę fantastyczne!

Tak, chcemy od małego naszym dzieciom zaszczepić miłość do sportu. W każdym jego wydaniu. Chcemy, żeby czerpali radość nie tylko z aktywności fizycznej, ale także z kibicowania. Dajemy im różne opcje do wyboru, pokazujemy, jak wiele mogą zrobić – nie tylko dla siebie ale i dla innych. Od małego przedstawiamy świat ze sportowego punktu widzenia. I chyba póki co całkiem nieźle nam to wychodzi! Mikołaj, od 2 roku życia jeździł na biegówce, a chwilę po swoich 3 urodzinach, na których otrzymał od całej rodziny rower, śmigał na nim jak stary wyczynowiec. Teraz, bez roweru, byłoby mu chyba ciężko. Od 3 roku życia uczy się też grać w piłkę. Do tego wszystkiego uwielbia biegać i jeśli go zapytać kim chce zostać w przyszłości to nie powie Wam, że strażakiem albo policjantem, a… piłkarzem albo biegaczem 😀 Teoś jest jeszcze za mały na aktywności sportowe, więc póki co siedzi w swoim rowerowym foteliku, ale jestem przekonana, że już niebawem dołączy do brata 😊

Nie mamy medali, nie jesteśmy profesjonalistami. Ale kochamy to co robimy. Kochamy sport w naszym rodzinnym wydaniu.

IMG_0563IMG_0897

IMG_0393

IMG_0901IMG_0721

IMG_0714 IMG_0287 IMG_0034 IMG_1038 IMG_1169 IMG_1152 IMG_1148

Jak znaleźć motywację do biegania, kiedy za oknem jesień?

Dżizas, co to w ogóle za pytanie?! Kto wymyślił ten tytuł? Jesień to najlepsza pora biegowa ever! No dobrze, może nie dla wszystkich. Zacznijmy zatem od początku 😊

Wracasz do domu po pracy i jedyne o czym marzysz to ciepły koc, kubek gorącej herbaty, spokojny czas spędzony z dziećmi czy na kanapie (niestety zazwyczaj jedno wyklucza drugie). Dobra, bez większej filozofii – jesteś zmęczony, bo za oknem szaroburo i marzysz o tym, aby po prostu zlec na fotelu czy innym gąbczastym sprzęcie a potem nie robić nic. Zupełnie nic. Świetnie. Oczywiście, masz do tego prawo. Tylko jak przyjdzie wiosna, nie narzekaj. Nie stękaj, że byłeś głupi, bo jednak w sumie mogłeś wstać i zacząć robić coś wcześniej. Jesień i zima to najlepszy czas na rozpoczęcie treningu. Dlaczego?

Przede wszystkim po lecie jesteś teoretycznie wypoczęty, wymuskany słońcem i zarażasz pozytywną energią. Powinieneś tryskać optymizmem i dobrym humorem. Naładowałeś baterie oraz zaopatrzyłeś się w witaminę D na cały sezon. Pytanie brzmi – jak można nie zaczynać w takim stanie? Nogi powinny same rwać się do treningu. Ok, rozumiem, że skoro czytasz ten tekst, to jednak sprawa nie jest tak do końca prosta. Postawmy sprawę jasno – potrzebujesz motywacji.

Dobry plan to podstawa

Jak zacząć? Od planu. Plan treningowy to najlepsza rzecz na świecie. I możesz mi wierzyć, albo nie – ale ja generalnie nie lubię planów. Męczy mnie to, że ktoś się ze mną umawia na coś co się wydarzy za 3 miesiące – toć to cholerny szmat czasu i kto wie ile i jakich rzeczy wydarzy się po drodze!? Ale plan treningowy to coś zupełnie innego. Zastanów się kiedy masz czas na treningi, ustal to a potem a potem realizuj. W poniedziałek po południu masz okienko? A potem w środę rano, przed pracą, też mógłbyś się zebrać? W weekend możesz skoczyć na basen z żoną/mężem i dziećmi? Świetnie. Wpisz sobie, że w te dni zaczynasz trenować, a potem się tego trzymaj. Z mojego doświadczenia wiem, że im człowiek bardziej zabiegany, tym lepiej jest w stanie się zorganizować i częściej osiąga założone cele. Dlaczego? U mnie wygląda to tak: 4 razy w tygodniu trenuję bieganie (wtorek, czwartek, sobota i niedziela), przynajmniej 2 chodzę na siłkę. Reszta to albo trening w domu, albo rower (z mężem i dziećmi) albo basen (to najrzadziej, ale jednak się zdarza). Jako że mam dwójkę dzieci i męża, który gra w piłkę, musimy się tak zorganizować, aby każdy mógł wykonać co tam sobie zaplanował. Jeśli w środę nie pójdę na siłownię o 18, to już po ptokach, po znowu mój mąż wychodzi na piłkę o 19:30. Więc to moja jedyna szansa. W czwartek zazwyczaj trenuję na Agrykoli. Jeśli nie wyjdę z domu o 20, zaraz po tym jak mój mąż wróci do domu, to potem będzie już najzwyczajniej w świecie za późno. Im więcej się dzieje, tym człowiek bardziej się organizuje a mniej się zastanawia: pójść czy odpuścić. Pójść! Bo to czasami jedyna opcja w ciągu dnia na porządny trening. Także planujemy, a potem trzymamy się ambitnie naszego planu.

Określ swoje cele

Oczywiście, plan planem, ale tak naprawdę równie ważne są cele. To one napędzają nas do działania. Cele mogą być krótko i długo terminowe. Te, których spełnienie przychodzi szybciej, są zazwyczaj mniej wymagające, te, których osiągnięcie odłożone jest w czasie – są trudniejsze do zrealizowania, ale kiedy już się uda – satysfakcja jest ogromna. Moja rada? Mix celi krótko i długo – terminowych. To co mnie nakręca do działania na co dzień to moje wyniki biegowe. Nie zrozumcie mnie źle – to nie jest też tak, że po każdym treningu sprawdzam w jakim czasie ile przebiegłam, ale raz na tydzień robię sobie takie podsumowanie i patrzę jakie w danym czasie zrobiłam postępy. Na mnie to zdecydowanie działa. Zresztą – mam ogromną satysfakcję, kiedy dany odcinek trasy uda mi się przebiec z coraz mniejszą gamą problemów 😛 Im lepsze samopoczucie tym większa motywacja to wychodzenia i realizowania planu. Bo skoro coś działa i widzę poprawę, to dlaczego miałabym przestać? Takie małe cele naprawdę mogą zdziałać cuda. I należy się za nie nagradzać, a przynajmniej dziękować sobie za ich wykonanie. Ja sobie dziękuję za każdym razem ☺️ Cele długoterminowe to dopiero jest jazda! Moim ostatnim celem był start w Półmaratonie Świętych Mikołajów w Toruniu, w którym chciałam uzyskać czas poniżej 2 godzin. Zdążyłam rzutem na taśmę, ale się udało! Moja satysfakcja była ogromna! Tak naprawdę sama świadomość tego, że będę biegła i będę chciała dać z siebie wszystko napędzała mnie do codziennego działania. Wiedziałam, że po coś to przecież robię, że za kilka miesięcy mam cel do zrealizowania. To była fantastyczna motywacja.

Nie masz celu na bieganie, a np. na schudnięcie? Twoim celem krótkoterminowym może być początkowo codzienne przygotowywanie sobie posiłków, jeśli do tej pory tego nie robiłeś, np. przez tydzień. Po każdym tygodniu cel będzie osiągnięty i będziesz mógł sobie pogratulować ☺️ Nie ustawiałabym sobie celów w postaci straconych kilogramów, bo to moim zdaniem nie działa na nas dobrze. Po pierwsze – kilogramy lubią stać w miejscu, po drugie – jeśli ćwiczysz i zdrowo się odżywiasz od kilogramów ważniejsze są wymiary. Ja swoje sprawdzam raz na miesiąc, ale nie zakładam tu żadnego celu. Cieszę się tym jak wyglądam, doceniam to, że jestem zdrowa i tyle. Cel długoterminowy – beach body oczywiście. Jesień i zima to najlepszy czas na zapracowanie na piękną, wakacyjną sylwetkę. Pomyśl o tym jak będziesz pięknie wyglądała w bikini (a panowie w spodenkach i obowiązkowo bez koszulki). Masz już ten widok przed oczami? Właśnie po niego zmierzasz. Poczuj jak sięgasz po niego ręką. Jak jest blisko! Serio, na fajną, sportową sylwetkę nie zapracujesz w miesiąc. To jest całoroczna orka. Niezły wycisk, ale jaka satysfakcja! Dobra, to idziemy dalej.

Nakręcaj się!

Wiesz jak ja zaczęłam biegać? Nigdy byś nie uwierzył. W swojej poprzedniej pracy, codziennie rano, na open space, słyszałam rozmowy w stylu: ile wczoraj przebiegłeś? O!!! Śledziłem cię na Endomondo, ładna dyszka! Stary, ale mi się nie chciało, ale jednak wyszedłem. O bieganiu gadało pół działu. W pewnym momencie stwierdziłam – skoro ten kolo biega i idzie mu całkiem dobrze, dlaczego ja mam nie spróbować? I tak się właśnie zaczęło. Początki były tragiczne, ale nie porywałam się z motyką na słońce i wiedziałam, że na efekty trzeba będzie trochę zaczekać. Po pierwszych przebiegniętych 5 kilometrach gratulowało mi z 10 osób. To było miłe i dawało kopa do dalszych treningów. Wniosek? Znajdź swoje kółeczko wzajemnej adoracji. To może być grupa na Facebooku, albo jakaś rywalizacja na Endomondo. To mogą być koledzy z pracy, albo obce, smukłe laski na Instagramie. Whatever! Oby tylko działało i dawało Ci motywację do dalszej pracy. Mamy to? Lecimy dalej.

W kupie raźniej

Wiadomo, że jak się już z kimś umówisz na trening, to raczej marne szanse, że go odwołasz. Opcje są dwie: znajdź bratnią duszę, koleżankę, kolegę męża (ktoś w czasie kiedy Ty biegasz musi zajmować się przecież dziećmi) lub dołącz do jakiegoś biegowego wydarzenia (Nike w Warszawie robi specjalne spotkania, ale jest też mnóstwo grup i propozycji na Facebooku). W kupie zawsze raźniej. Poza tym nikt tak dobrze nie zrozumie biegacza jak inny biegacz. Oraz – last but not least – ktoś będzie Ci mógł strzelić porządne, biegowe zdjęcie, zamiast tradycyjnego, rozmazanego selfie. Przemyśl to.

Musisz po prostu chcieć

Na końcu, ale równie dobrze mogłoby być na początku. Musisz po prostu chcieć. Mieć w sobie wewnętrzną motywację, dzięki której pójdziesz do przodu. Nikt za Ciebie niczego nie zrobi i nikt na siłę nie będzie Cię do niczego przekonywał, jeśli sam nie będziesz tego chciał. W końcu to Twoje życie, Twoje zdrowie, Twój trening. Wybierz co jest dla Ciebie ważne, czego tak naprawdę chcesz, na czym Ci najbardziej zależy. Może się okazać, że to wcale nie jest sport, tylko np. czytanie książek. Nie ma nic gorszego niż zmuszać się do czegoś, czego się nie lubi (np. ja nie cierpię prasować i za żadne skarby nikt mnie nie zmusi do prasowej rutyny). Mi też się czasem nie chce, mam ciężkie, jesienne dni, kiedy walnęłabym wszystko w kąt i poszła spać. Spoko, jeśli to jest jeden czy dwa dni – tragedii nie ma. Ale na dłuższą metę rzucanie hasłem: o boooże, ale mi się nie chceeee jest po prostu słabe. Jesteśmy mocni, jesteśmy silni i damy radę (hehhee, jestem diamentem!)! Wykorzystujmy tę jesienną aurę, bo przy takich temperaturach jakie w tym okresie mamy, w Polsce biega się po prostu najprzyjemniej. Nie ma stękania, nie ma marudzenia. Zakładamy buty i wychodzimy. A jeśli potrzebujecie kopa – przyjdźcie do mnie ☺️ Chętnie Was kopnę, a od czasu do czasu możemy wyjść razem na wspólny trening. Voila!

Szerokiej biegowej jesiennej drogi!

3 zdrowe koktajle, które uwielbiają moje dzieci

Zanim zaszłam w ciążę i urodziłam swojego starszego synka – Mikołaja, nie raz słyszałam od swoich dzieciatych już koleżanek opowieści, jak to dziecko je tylko bułkę, naleśniki i makaron. Nie powiem, że od razu postanowiłam, że moje dziecko będzie inne, i będzie jadło wszystko (tak jak w ogóle można by było to postanowić), ale obiecałam sobie, że zawczasu przeanalizuję temat odżywiania u dzieci. Czyli postaram się zrobić wszystko, aby moje dzieci zdrowo się odżywiały. I to mi się udało. Poznajcie przepisy na 3 zdrowe koktajle, które uwielbiają moi chłopcy.

W tym całym swoim żywieniowo – dziecięcym researchu natrafiłam na… BLW. Czyli baby led winning. To metoda żywienia, która polega (ogólnie rzecz ujmując) na tym, że dziecko nie je papek, tylko otrzymuje normalne produkty, ugotowane np. na parze, takie jak brokuł, czy kalafior, w całości. Nie rozdrabniamy a dajemy do rączki. Nie powiem, nie było łatwo. Musiałam przezwyciężyć swój lęk przed zakrztuszeniem dziecka (lęk irracjonalny, ale jednak) oraz obawy, czy aby na pewno moje dziecko dostaje wszystkie składniki odżywcze. Postanowiłam jednak zaufać sobie.. i autorce książki. Na bieżąco też uczestniczyła w forum dla rodziców, gdzie inne mamy tak karmiły swoje dzieci. Nie wiem czy dzięki BLW, ale obecnie mam dwójkę chłopców, którzy chętnie próbują nowych smaków i nie mają problemów z jedzeniem. A wręcz przeciwnie! (Teośkowi muszę czasami ograniczać 😉 ).

Co więcej – moje dzieciaki piją zdrowe koktajle. Tak! I to nie jakieś słodkie papki z toną cukru, a normalne, zdrowe shake’i np. ze szpinaku, które bardzo często robimy w domu. Mamy swoje ulubione nazwy i smaki: zielony, czekoladowy i arbuzowy. Polecam Wam spróbować tych trzech przepisów. Oczywiście, zdrowe koktajle mogą pić także dorośli. Smacznego 😊

Zdrowy koktajl nr 1 – Zielony koktajl ze szpinaku – klasyk! 

Składniki:

  • garść szpinaku
  • 1 cała pomarańcza bez skórki
  • 2 plastry ananasa
  • banan
  • 200 ml soku jabłkowego, świeżo tłoczonego

Wszystko zmiksować i wypić od razu. Dodatek ananasa sprawia, że koktajl może szczypać delikatnie w język. Jeśli jest to dla Was too much, po prostu go pomińcie. Tak samo, jeśli chcecie, żeby koktajl był mniej słodki, zamiast soku jabłkowego dodajcie wody, albo wlejcie pół na pół.

Szpinakowy koktajl #omnomnomnom

A post shared by Katarzyna Dworzyńska (@kates_green_story) on

Zdrowy koktajl nr 2 – Czekoladowy koktajl z botwiny (bez czekolady, ale Miko myśli, że tam jest czeko, ze względu na kolor 😂 😂 😂)

Składniki:

  • 10 liści buraka (około, ale z łodygami)
  • pół cytryny
  • banan (im dojrzalszy tym lepiej)
  • łyżka miodu
  • 1 cm imbiru
  • 200 ml wody

Wszystko zmiksować i wypić od razu. Uwaga, tutaj przydaje się mocny blender, który dobrze rozdrobni łodygi botwiny.

Zdrowy koktajl nr 3 – Arbuzowa pychotka

Składniki:

  • duży plaster arbuza
  • kilka listków mięty
  • sok z połowy limonki
  • szczypta różowej soli himalajskiej
  • można dodać kilka truskawek
  • 200 ml wody

W tej wersji to świetny izotnik, piłam go non stop latem! Ale gdy dodamy banana i zrezygnujemy z soli, to także pyszny koktajl, i dla dzieci i dla dorosłych.

Smacznego!

Jak nie wpaść w sportowe perpetum mobile?

Człowiek uczy się na błędach. To zdanie słyszałam przez całe swoje życie. Nie dlatego, że co chwila popełniałam błędy i potrzebne mi było usprawiedliwienie dla swoich porażek. To zdanie często powtarzali mi rodzice, kiedy zastanawiałam się nad podjęciem ważnych, życiowych decyzji. Miało mi dodać otuchy, zaktywizować, zmotywować do działania. Najczęściej skutecznie. Dziś, patrzę na to zdanie z nieco innej perspektywy. Bardziej sportowej, bo póki co, życiowe dylematy mam mniej lub bardziej ogarnięte. Człowiek uczy się na błędach. Uczy się siebie samego. Po porażce staje się mądrzejszy. Kiedy podnosi się i idzie dalej, jest już o kilka kroków silniejszy. A moją porażką była złapana przeze mnie… kontuzja.

Tak naprawdę jeśli miałabym określić jednym słowem końcówkę 2015 roku to spokojnie mogłabym rzec: zapieprz. Pogoń w pracy i pogoń po pracy. Dużo nowych projektów, które mentalnie mnie wyczerpywały, wymagająca dieta, przez która musiałam stać w garach po 2 godziny dziennie (lubię sprawdzać nowe przepisy, ale wtedy, kiedy mam na to ochotę, a nie, kiedy muszę!) i ćwiczenia: siłownia („hantle“ + crossfit) oraz moje ukochane bieganie. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Wieczne marudzenie, rozdrażnienie, kłótnie i marsowa mina. Oraz… życiówka na 10 km w półmaratonie Świętych Mikołajów w Toruniu. Ależ tam był ogień! Ależ była moc! 18 i 19 km biegłam w tempie 5,19 min/km, które dla mnie jest tempem mocno wymagającym. Satysfakcja ogromna. I niestety – taki sam jej koszt. W rezultacie po chwilowych sukcesach, życiowej formie, przyszło zmęczenie i rezygnacja. Ciało zaczęło odmawiać współpracy, jednak umysł robił swoje. W głowie kłębiły się myśli: dasz radę, jesteś najlepsza, wytrwasz. Zaciskałam zęby i parłam dalej. Szłam na siłownie, pomimo braku chęci i fizycznej niemocy. Nastawiałam budzik na 5.30 rano, nieważne że spałam tylko 5 godzin. Szłam biegać, bo wiedziałam, że jeśli nie pójdę, zjedzą mnie wyrzuty sumienia. To nie mogło się dobrze skończyć.

Wydawało mi się, że jestem mądrzejsza od swojego organizmu. Że jeśli ciało mi mówi: stop, a umysł: pędź dalej to ja dalej popędzę. Że muszę być twarda, że nic samo nie przychodzi, że na wszystko w życiu, również w tym sportowym, trzeba mocno zapracować. Tylko gdzie w tym wszystkim radość? Gdzie pasja? Gdzie uśmiech na twarzy?

W końcu moje ciało nie wytrzymało. Nastąpił klasyczny bunt organizmu. To był jeden z tych mroźnych, styczniowych wieczorów, kiedy po raz kolejny wyszłam pobiegać, zamiast zlec na kanapie i porządnie wypocząć. Na jakimś 7 km poczułam lewe kolano. Ból, który pojawił się znikąd, a który powoli narastał wraz z kolejno mijanymi metrami, żeby zatrzymać mnie całkowicie koło 8 km. Wtedy to nieco zignorowałam, nigdy wcześniej nic mnie nie bolało. Ja? Z kontuzją? Dobre sobie. Po powrocie w domu wszystko mi przeszło. Nie ma bólu nie ma problemu. Dopiero 2 dni później, na kolejnym treningu, kiedy po przebiegnięciu 2 km, musiałam wracać pieszo, wiedziałam, że przegięłam. Diagnoza postawiona u fizjo była dla mnie niczym kubeł zimnej wody– kontuzja pasma biodrowo – piszczelowego, w najgorszym wypadku regeneracja może potrwać nawet pół roku. O kurna!

Dziś, w połowie września, powoli wracam do biegania i treningów. Nie katuję się, nie ignoruję oznak zmęczenia. Nie trzymam się ściśle diety. Jeśli mam ochotę odpocząć to odpoczywam, jeśli mam ochotę zjeść lody to je zjadam. Wydaje mi się, że końcu dorosłam do odpowiedzialnego sportu i mądrego dbania o siebie. Bez wpadania w skrajności, bez wyrzeczeń. Bez wyrzutów sumienia, jeśli danego dnia po prostu nie uda mi się wyjść na trening. Oczywiście, to też nie jest tak, że jak tylko mam lenia to odpuszczam. Ważna jest umiejętność dokonania sprawnej oceny – czy jestem zmęczona czy tylko mi się nie chce 😊 Zresztą, o tym jak się zorganizować i jak znaleźć motywację do zdrowego trybu życia i sportu jeszcze będę pisała 😉 Teraz napiszę krótko i banalnie: po prostu trzeba słuchać siebie. I myśleć. Nie dać się wkręcić w sportowe perpetum mobile, bo tylko zrobimy sobie krzywdę. Wszystko z umiarem! Jeśli zaczynacie ćwiczyć po 3 godziny dziennie i macie niedosyt, albo łapiecie doła, bo raz nie wyszliście na trening to…. warto się na chwilę zatrzymać i mocno przewietrzyć głowę. Bo za moment może być za późno. Mi dochodzenie do siebie zajęło jakieś 4 miesiące. A wystarczyło kilka dni dobrej regeneracji i szczerej rozmowy samej ze sobą. Ale tak jak napisałam na wstępie – człowiek uczy się na błędach. Warunek – to muszą być własne błędy. Moja lekcja odrobiona.

Szybki omlet z borówkami – mój ulubiony

Omlet z borówkami. To jest taki omlet, który można robić codziennie, jeśli rano dysponujecie odrobiną czasu. Ja staram się zawsze dobrze zorganizować, i np. zanim siądę do książki czy gotowania obiadu, nastawiam pranie. Wtedy coś już chodzi w tle, a ja mogę się brać za kolejną czynność. Tak jest i w przypadku mojego szybkiego, porannego omleta z borówkami. To jest w ogóle majstersztyk. Pyszota. Idealny dla dzieci i ich matek, które chcą smukło wyglądać 😊

Podaje składniki wg mojego rozkładu makrosów (czyli zapotrzebowania na białka, tłuszcze i węgle). Wasza porcja może być proporcjonalnie mniejsza:

  • 4 jajka
  • 1 łyżka kakao
  • 1 łyżka łusek babki jajowatej lub zmielonego siemienia lnianego
  • 10 ml mleka roślinnego (oprócz sojowego)
  • borówki
  • łyżeczka ksylitolu lub innego słodzidła

Piekarnik nastawcie na 190 st. Ubijacie białka na sztywno, najlepiej ze szczyptą soli. Po ubiciu dodajecie pozostałe składniki (oprócz borówek) i ubijacie jeszcze chwilę na wolniejszych obrotach, do połączenia składników. Masę wykładacie na rozgrzaną, teflonową patelnie. Posypujecie borówkami. Smażycie na średnim ogniu przez kilka minut (nie przekręcacie na drugą stronę), a następnie patelnię z omletem wkładacie do nagrzanego piekarnika na jakieś 10 minut (sprawdźcie jaką macie rączkę, bo plastykowa się rozpuści pod wpływem ciepła). Wyjmujecie i konsumujecie. Prosty przepis, prawda?

Moim chłopcom taki omlet z borówkami polewam jeszcze odrobiną syropu klonowego lub żurawinowego. Zajadają się nim we dwóch. Jeśli chcecie, aby takim omletem mogła się raczyć cała rodzina – wszystkie składniki wykorzystajcie x 2! Smacznego! I dajcie znać koniecznie, jak Wam wyszło.

Jeszcze w kwestii organizacji. Przygotowanie omletu z borówkami do momentu włożenia do piekarnika zajmuje jakieś 7 minut, no może ciut więcej, ale niewiele. W czasie, kiedy omlet się piecze, ja biorę szybki prysznic oraz ubieram się do pracy (albo chociaż zdążę przygotować ubrania). W ten sposób przygotowanie pożywnego śniadania zajmuje mi naprawdę dosłownie tylko kilka minut 😊

Szybko, smacznie i prosto. Tak jak lubię 👍