Zawsze chciałam mieć córeczkę. I kiedy okazało się, że drugim dzieckiem też będzie syn – zmarkotniałam. Znowu siusiak! Znowu w mniejszości! Oszaleć można! No nic, skoro nie mogłam oszukać matki natury, musiałam podjąć się innych sposobów, aby chociaż zbliżyć się do wyrównania poziomu kobiecych pierwiastków w naszym wypełnionym mężczyznami domu. W końcu miałam też motywację do wzięcia spraw w swoje ręce 😉 I tak, 3 lata później pojawiła się u nas… kotka 🙂

Nastawiałam się bardziej na kota, niż na psa (a właściwie suczkę), ponieważ na co dzień oboje z Andrzejem mamy dość sporo obowiązków i w tej chwili nie znaleźlibyśmy na psa czasu. Poza tym mieszkamy w bloku, więc.. myślę, że psy po prostu lepiej jest mieć, jak się mieszka w domu. Koty są, jakby to powiedzieć, mniej wymagające. Nie trzeba wyprowadzać ich 3 razy dziennie na dwór, no i jakby nie było – aż tak dużo nie jedzą 😉 Nie ślinią się, nie pachnie im brzydko z pyszczka. Nie wąchają kup innych kotów. No prawie same plusy! Z minusów – sporo osób ma alergię na kocią ślinę. No i koty drapią różne przedmioty, na co nie ma się tak do końca wpływu. Nie mniej – 3 lata zajęło mi przekonanie Andrzeja, że kot w naszym życiu nie wywoła niewiadomojakiejrewolucji oraz, że będę się nim zajmować. Tzn. że po mojej stronie będzie weterynarz i czyszczenie kuwety. Udało się. Jak to mówią najstarsi górale – kropla drąży skałę. Tak też było i w naszym przypadku.

Od razu uprzedzam – to nie jest wpis o tym, jak przez 3 lata wiercić mężowi dziurę w brzuchu. Po prostu temat kota raz po raz u nas wracał. Ja nie cisnęłam, a Andrzej miał swój czas na oswojenie się z myślą, że być może w naszym domu pojawi się futrzak. W końcu decyzja jako taka zapadła, a ja powoli zaczęłam organizować kocią wyprawkę. Tu koleżanka miała do sprzedania drapak – bach, odkupiłam. Dostałam zniżkę na zmówienie kociego jedzenia w sklepie internetowych – bach, wykorzystałam. W Lidlu rzucili kuwetkę i transportem, bach podjechałam, nabyłam. Wszystko co dało się kupić było w miarę do ogarnięcia. Ostatnim i zarazem najtrudniejszym wyzwaniem okazała się siatka zabezpieczająca taras. Tutaj było mega dużo zamieszania, bo taras nietypowy, więc drogi. Okna nietypowe, więc drogie. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na założenie siatek na same drzwi tarasowe i duże okno w kuchni, które były dla nas zrobione na wymiar. Od razu dodam – nie są to tanie rzeczy. Za całość metodą bezinwazyjną, czyli bez wiercenia w ramie okna, zapłaciliśmy 650 złotych.

Zmierzając do meritum 🙂 Z chwilą, w której pomyślałam o kocie, wiedziałam, że będzie to kot ze schroniska, bądź z fundacji. Absolutnie nie neguję kupowania kotów z hodowli. Po prostu mi zależało na tym, aby pomóc, zaadoptować kota, któremu będziemy mogli dać dom i szansę na życie z fajną rodzinką. Wiedziałam też, że to nie może być mały kotek – zależało mi na tym, aby kot był oswojony, ale i łagodny, nadający się do domu z dziećmi. Po różnych przygodach związanych z adopcją, w końcu się udało. I tak w naszym domu pojawiła się kotka z przeszłością, którą w domu tymczasowym ówcześni opiekunowie (fantastyczni Magda & Piotr Motrenko z bloga Wnętrza Zewnętrza, którzy przygarnęli całą kocią rodzinkę!) nazywali Mamą Kot, a u nas została Figą. Piszę „kotka z przeszłością”, ponieważ kotka, w chwili znalezienia, była już mamą z piątką kociąt, a cały komplet prawdopodobnie ktoś wyrzucił. Szkoda gadać. I o ile małe kotki szybko znalazły nowych opiekunów, tak dorosłą Mamą Kot vel. Figą nikt się nie interesował. Do czasu 🙂

Oszczędzę Wam tych wszystkich szczegółów, jak to było jak zobaczyłam Figę po raz pierwszy. Powiem tak – nie do końca lubię koty o czarnym umaszczeniu. Ale ostatecznie – jakie to ma znaczenie! Przecież liczy się to, żeby kot miał odpowiedni charakter, który będzie pasował do rodziny, do której trafi. No nie wyobrażam sobie adoptować pięknego kota, który będzie furczeć na moje dzieci 😉 Figa to był strzał w dziesiątkę. Spokojna, łagodna kotka, która bardzo dobrze znosi piski Teo ;), uwielbia jak chłopcy ją głaszczą i coraz częściej tych głasków oczekuje 🙂 Chociaż początki nie były łatwe. Kotka, w nowym otoczeniu i z nowymi ludźmi potrzebowała czasu, aby się z nami oswoić i chyba też nam zaufać. Nikt na nią nie naciskał. Chłopcy cierpliwie czekali, aż nowa lokatorka nabierze do nich zaufania i będzie chętna na wspólne zabawy. I ten dzień w końcu przyszedł. Figa po prostu usiadła koło nas na kanapie, co nigdy wcześniej się jej nie zdarzało. Przyszła do nas sama, a my wiedzieliśmy – bariera została przełamana 🙂 Lody – skruszone! 🙂

Chłopcy kotkę wprost uwielbiają. Chętnie się z nią bawią, przekupują przysmaczkami. Prześcigają się w tym, kto jej poda jedzenie. Miko nawet ją wyczesuje (oczywiście pod moim czujnym okiem). Kuwetka oczywiście jest nadal tylko moim obowiązkiem 🙂 Figę lubi też Andrzej, który pracując z domu, spędza z nią najwięcej czasu. Widać, że świetnie się dogadują 😀 W końcu w naszej rodzinie pojawiła się upragniona córeczka 😀 😉

Czy żałuję swojej decyzji o adopcji kota? Oczywiście, że nie! Szkoda, że tak długo z tym wszystkim zwlekałam, chociaż teraz nie byłoby u nas Figi. Czy to nasz ostatni kot? Pewnie nie. Póki co najważniejsze jest dla nas to, aby Figa w 100% się z nami oswoiła. Jeśli wszystko będzie ok, pomyślimy o towarzystwie dla naszej kociej mamy. Czy polecam adopcje z fundacji? Jak najbardziej! Decydując się na kota z fundacji pomagamy! Dajemy kotom szansę na nowy, lepszy dom. Odciążamy fundacje, w których kotów jest zatrzęsienie. Mamy też kota zaszczepionego, odrobaczonego i najczęściej wykastrowanego. My naszą Figę zaadoptowaliśmy z fundacji JOKOT. Jeśli szukacie kota dla siebie – kliknijcie. Jest tam cała masa fantastycznych zwierząt, które czekają na swoich nowych, kochających opiekunów.

To póki co na tyle. W planach mam jeszcze wpis o kociej wyprawce – co mamy my, co się u nas sprawdziło, a co było kompletną porażką oraz taki konkretny wpis o tym, na co zwracać uwagę zapraszając kota do życia w domu z dziećmi. A tymczasem zapraszam Was na Instagram, gdzie znajdziecie aktualne zdjęcia naszej 5 – osobowej rodzinki <3

Shares